SERIALE 

Colony – za mało science fiction w science fiction [recenzja]

„Colony” na swym początkowym etapie jest serialem nierównym. To niby science fiction o okupujących Ziemię przybyszach z kosmosu, tyle że na razie tego science fiction jest tyle, co kot napłakał. Mamy tu jeszcze sztampowe rozwiązania fabularne, natrętne wątki obyczajowe, a jednak, o dziwo, na kolejne odcinki czeka się z dużym zaciekawieniem.
Największą zagadką serialu są tak naprawdę kosmici. Kosmici, których nie ma, bo nikt ze zwykłych ludzi ich jeszcze nie widział.

„Colony” emitowane jest przez stację USA Network, odpowiedzialną za zeszłoroczny sukces „Mr. Robot”. Kiedy rozeszły się wieści o nowym serialu w ich ramówce, fani fantastyki zacierali ręce z zadowolenia, licząc na bardzo dobry poziom nadchodzącego show. Po emisji pierwszego odcinka rozległy się głosy rozczarowania, bo w zasadzie nie dostaliśmy niczego nowego. Jakiś czas temu zakończyło żywot, momentami nieznośnie patetyczne „Wrogie niebo”, wcześniej nie powiodła się reaktywacja „V”, zresztą co tu można wymyślić nowego, skoro od początku wiadomo, że finalnie kosmiczni okupanci i tak muszą dostać łupnia, co będzie okupione zgonami kilku istotnych dla fabuły postaci. Ważne, w jaki sposób zostanie poprowadzona fabuła do takiego finału. „Colony” pod tym względem na poły wzbudza nadzieję na dobre rozwinięcie, na poły wręcz odstręcza. Tak, dosyć nietypowo rozlokowane odczucia, ale cóż począć? Na razie jesteśmy po dwóch odcinkach i pewne elementy fabuły wskazują, że w następnych być może czeka nas coś ciekawszego.

Największą zagadką serialu są tak naprawdę kosmici. Kosmici, których nie ma, bo nikt ze zwykłych ludzi ich jeszcze nie widział. Manifestacją ich potęgi jest ogromny, grubaśny mur przebiegający przez Los Angeles, dzielący miasto na strefy oraz przewijający się poprzez rozmowy bohaterów fakt, że najeźdźcy podczas ataku zneutralizowali ludzką obronę w ciągu kilku godzin. Poza tym, dalszą część brudnej roboty wykonują już za okupantów ludzcy kolaboranci. Świat bowiem dalej funkcjonuje w miarę normalnie, ludzie pracują, siedzą w kawiarniach, ale jest również godzina policyjna, zaczyna brakować leków, nie ma telewizji, nie działa sieć komórkowa, a część populacji zsyłana jest do enigmatycznej Fabryki. Poznajemy w tym świecie zwykłą, amerykańską rodzinę z dwójką dzieci. Niezwykłe jest to, że ich trzecie dziecko, po inwazji zostało w innej strefie, do której rodzice nie mają dostępu. W pierwszym odcinku serialu główny bohater, mechanik samochodowy, postanawia dotrzeć do syna. W trakcie próby przedostania się przez mur dochodzi jednakże do zaaranżowanego przez ziemski ruch oporu wybuchu, plan bohatera spala na panewce, ale jednocześnie wychodzi na jaw związana z jego przeszłością tajemnica i od tego momentu fabuła wskakuje na właściwe tory.

Problem z serialem jest taki, że to wizja wciąż niespójna. Można to tłumaczyć szeregiem tajemnic, które czekają na ujawnienie przez twórców serialu, ale ta niewiedza trochę zaczyna drażnić. Dlaczego kosmici okupują Ziemię, jakie mają z tego korzyści? Na czym właściwie polega rola kolaborującej części ludzkości, czy jedynie na pilnowaniu porządku? Pokazana na ekranie komórka ruchu oporu wygląda cokolwiek niepoważnie, ich zaszyfrowane rozmowy wzbudzają uśmiech politowania. Ciekawie wypada wątek pary głównych bohaterów, którzy pod koniec pierwszego epizodu, zrządzeniem losu staną wobec siebie w nietypowej, opozycyjnej  sytuacji, ale jeśli na tym miałby opierać się cały sezon, to emocje raczej będą opadać, niż wzrastać. Można zrozumieć intencje twórców, chcących stopniowo i zapewne w ich mniemaniu przekonująco budować realistyczną wizję Ziemi pod okupacją, ale jeśli zbyt długo będą chować w rękawie fabularne asy, po prostu przedobrzą. Zresztą wracając do małżeńskiej pary – Sarah Wayne Callies ma nieodmienną tendencję do drażnienia swą grą widzów, a Josh Holloway znacznie lepiej wypadał w roli uroczego łajdaka, niż szlachetnego bohatera ze zbolałą miną. Na ich tle wyróżnia się, sprawujący w imieniu kosmitów rządy w tej strefie Los Angeles Alan Snyder, grany przez Petera Jacobsona. Nie jest ani demoniczny, ani przerażający, tylko po prostu cwany i sprytny, słowem wzór kolaboranta. Z tymże, widzowie nie chcą oglądać serialu jedynie o przebiegłych kolaborantach, małżeńskich i moralnych dylematach i codziennym, ciężkim i smutnym życiu Ziemian. Miejmy nadzieję, że to się zmieni, i serial wówczas się rozkręci. A na razie, więcej science fiction poproszę!

Monolith
Poprzedni

Co ty wiesz o swoim dziadku? - Zdziadziały De Niro i wnuczek Efron [recenzja]

Michał Lisowski Dzika Banda 22
Następny

Michał Lisowski - zdumiewająca sztuka koncepcyjna [galeria]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz