SERIALE 

Dark Matter – przewidywalna kosmiczna przygoda [recenzja] [serial] [sci-fi]

„Dark Matter” to dziwny serial. Nie za bardzo wiadomo dlaczego ma taki, a nie inny tytuł. Ani to kosmiczny horror, ani space opera. Fabuła rozgrywa się głownie w zamkniętych pomieszczeniach i w efekcie całość wygląda jak teatr telewizji w kosmosie, na dodatek tworzony i zagrany przez półprofesjonalistów.

Pomysł wyjściowy jest nawet intrygujący. Z komór hibernacyjnych na statku kosmicznym wybudza się sześć osób. Wszystkie mają amnezję, nie wiedzą kim są i skąd wzięli się akurat w tym miejscu. Jest jeszcze początkowo zabójczy, a później wyjątkowo pomocny, kobiecy android (swoją drogą chyba najlepiej zagrana rola w serialu). Tajemnice będą stopniowo rozwiązywane, relacje między szóstką bohaterów będą się  pogłębiać. Na razie fabuła jest wypośrodkowana miedzy typowym proceduralem, a ciągniętym przez cały sezon głównym wątkiem. Gdzieś w tle są wielkie, kosmiczne korporacje i ciężki los mieszkańców rozsianych po galaktykach planet. Dość szybko wychodzą na jaw prawdziwe tożsamości bohaterów, które niemile ich zaskakują. Po obejrzeniu połowy wyemitowanego sezonu cisną się na usta dwa słowa – nic nowego.

W przypadku „Dark Matter” twórcy zbyt mocno uwierzyli w ponadczasową zasadę show biznesu, według której najlepiej lubimy to, co już dobrze znamy.

Z tym „nic nowego” w ramach kosmicznego, serialowego science-fiction obcujemy już od dłuższego czasu. Nowe i troszkę starsze produkcje  jak „Killjoys„, czy „Defiance” jakoś nie powalają i w niewielkim stopniu angażują widzów. Sytuacja dużo lepiej wygląda na polu fantastyki bliższego zasięgu  (ostatnio choćby w „Humans” i „Mr. Robot„). Gdzież te niedawne przecież czasy, kiedy człowiek z nerwów i emocji obgryzał paznokcie oglądając pierwszy i drugi sezon „Battlestar Galactica”? Czy w przypadku „Dark Matter” twórcy zbyt mocno uwierzyli w ponadczasową zasadę show biznesu, według której najlepiej lubimy to, co już dobrze znamy?

Kogo tu mamy? Azjata sprawnie wymachuje kataną i buduje wokół siebie aurę niedostępności. Postawny murzyn ma złote serce. Przystojniak ma wyrzuty sumienia i kieruje się moralnymi zasadami. Łajdak jest taki, jaki powinien być, choć dobrze wiemy, że to raczej poza. No i jeszcze są dwie kobitki. Jedna to właściwie jeszcze dzieciak, który oczywiście musi mieć istotne dla fabuły wizje. Druga ma zdolności przywódcze i obowiązkowo ekstra ciało. Już mówiłem, że najlepiej wypada tu android? Prawda jest taka, że to co znamy i lubimy bardzo często wyprane jest z oryginalności. I tak jest niestety w przypadku „Dark Matter” – serial ratuje wyjściowy pomysł i tajemnicza przeszłość bohaterów. Z odcinka na odcinek robi się ona coraz mniej tajemnicza, bo odpowiedzi które dostajemy są w większości zbyt przewidywalne. Po co zatem oglądam ten serial?

Cóż, trochę jednak polubiłem i przyzwyczaiłem się do tych bohaterów i wciąż mam nadzieję, że dalej będzie lepiej. Trochę żal mi też twórców, którzy mimo widocznych ograniczeń budżetowych robią co mogą, żeby miało to ręce i do nogi. A poza tym fan fantastyki to zawsze najwierniejszy z fanów. Nawet gdy rodzi się w nim poczucie, że ktoś go tu chyba robi w konia i tak będzie chciał wziąć udział w kolejnej, kosmicznej przygodzie. A że z czasem może okazać się, że to wcale nie kosmiczna przygoda, tylko jakaś przeciętna, amatorska maskarada, to już przecież nie jego wina.

Nintendo
Poprzedni

W to się grało – odkurzamy stare przeboje

Dzika Banda
Następny

GENERATION PO(P)LAND - 25 lat kultury w wolnej Polsce

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz