SERIALE 

DC’s Legends of Tomorrow – z duchem czasu… przeszłego [recenzja]

Stacja CW z powodzeniem tworzy superbohaterskie seriale w ramach uniwersum DC. Rok temu wystartował „Flash”, będący spin-offem „Arrow” i w rankingach oglądalności przebił poprzednika. Czy taki sam mechanizm zadziała w przypadku debiutującego „DC’s Legends of Tomorrow”?
Wiele epizodów „Arrow”, Flasha”, a teraz dochodzą do tego „DC’s Legends of Tomorrow”, ogląda się tak, jakbyśmy cofnęli się nagle do w dużej części przaśnej, telewizyjnej fantastyki lat dziewięćdziesiątych.

Prawda jest taka, że serialowo i filmowo Marvel w ostatnich latach przyćmił odwiecznego konkurenta. Filmową ofensywę DC przypuści w tym roku, natomiast jeśli chodzi o produkcje telewizyjne jest tak, jakby dla tego uniwersum, uważanego przecież za dojrzalsze, czas się zatrzymał. Marvel, szczególnie za sprawą netflixowych „Daredevila” i „Jessici Jones” niewiarygodnie podniósł jakościową poprzeczkę, ale seriale Domu Pomysłów świetnie sprawdzają się także w telewizji ogólnodostępnej – ten w stylu retro o agentce Carter i szczególnie „Agenci Tarczy„, którzy w połowie pierwszego sezonu odbili się od dna i obecnie są znakomicie skrojonym, rozrywkowym produktem. Do niedawna tą samą drogą podążał „Arrow”, w drugim sezonie mrocznym klimatem przypominający przygody Batmana z filmów Nolana. W międzyczasie zadebiutował jednak „Flash”, lżejszy w tonie, zabawniejszy i z większym, fabularnym potencjałem i nagle włodarze CW zadecydowali o przekształceniu na taką modłę formuły „Arrow”, co serialowi nie wyszło na dobre. We „Flashu” wszystko zaczęło się od awarii akceleratora cząstek, co skutkowało powstaniem całego zastępu postaci obdarzonych mocami i w pewnym momencie stało się oczywiste, że te poboczne figury będzie można wykorzystać z dużym powodzeniem w kolejnym serialu. W ten sposób powstał „DC’s Legends of Tomorrow”, w którym spotkali się pomniejsi, lubiani  bohaterowie i z „Flasha„, i z „Arrow„.

Te „Legendy Jutra” to osiem postaci zwerbowanych przez Ripa Huntera, pochodzącego z przyszłości osobnika określającego się mianem Władcy Czasu. Hunter potrzebuje ich do pościgu za występującym w niedawnym  crossoverze „Arrowa” i „Flasha”  złoczyńcą, nieśmiertelnym Vandalem Savage, który w dwudziestym drugim wieku sprawuje na Ziemi okrutne rządy. Drużyna składa się ze znanych z komiksów DC bohaterów, podciągniętych pod znak jakości CW, tworzącej seriale głównie dla młodzieżowej widowni. Ray Palmer czyli Atom, profesor Martin  Stein i młody Jefferson Jackson tworzący razem Firestorma, Sara Lance, niegdyś członkini Ligi Zabójców (i do niedawna martwa), teraz znana  jako White Cannary oraz Hawkman i Hawgirl, połączona ze sobą przeznaczeniem para, od tysięcy lat odradzająca się po każdej śmierci.

Dwie ostatnie osoby są trochę niespodziewane w tym zestawie – to nie superbohaterowie, a typowi złoczyńcy, nieodłączna para znana z kilku występów we „Flashu”- Leonard Snart czyli Captain Cold i Mick Rory czyli Heat Wave, a dodatkowego smaczku nadaje ich występom fakt, że to dwójka aktorów znanych z roli braci w kiedyś niezwykle popularnym „Skazanym na śmierć”. Wentworth Miller i Dominic Purcell w „DC’s Legends of Tomorrow” tworzą najbardziej wyrazistą i jednocześnie przerysowaną parę bohaterów. Niezły jest jeszcze dawny Supermen z filmu Singera, czyli Brandon Routh jako sympatyczny Atom oraz nabierający w nowym serialu wigoru Victor Garber w roli profesora Steina. Serialowa Sara Lance i Jefferson Jackson na razie wypadają jakoś bez wyrazu, a już szczególnie drażnią swą grą aktorzy w rolach Hawkmana i Hawkgirl, podobnie jak ich wieczny prześladowca, Vandal Savage, który z wyglądu bardziej przypomina wykonawcę muzyki italo disco (Bad Boys Blue?), niż rasowego złoczyńcę. Na tle całej ósemki nieco karykaturalnie, choć to pewnie zamierzony efekt, prezentuje się ze swoim angielskim akcentem i brakiem zdolności przywódczych Rip Hunter, z którym bohaterowie zapewne przez cały sezon będą podróżowali  w czasie, w pogoni za Vandalem Savage.

Podzielonego na dwie części pilota, w którym wszyscy lądują w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku ogląda się całkiem znośnie. Jeśli tylko przymkniemy  oko na charakterystyczne dla produkcji CW logiczne głupotki, czy trącące myszką aranżacje scen walk, można cieszyć się motywem czasowych  paradoksów. Wyżej wspomniałem o znaku jakości seriali CW – wiele epizodów „Arrow”, Flasha”, a teraz dochodzą do tego „DC’s Legends of Tomorrow” ogląda się tak, jakbyśmy cofnęli się nagle do w dużej części przaśnej, telewizyjnej fantastyki lat dziewięćdziesiątych. Tymczasem, przez te dwadzieścia lat sporo się jednak zmieniło, zarówno w materii komiksowej, jak i telewizyjnej, ale dla piszących fabuły scenarzystów produkcji CW czas najwidoczniej się zatrzymał. Ale tak szczerze – czy to coś złego?

W zasadzie nie. Jeśli przyjmiemy zasadę, że oglądamy jeden epizod tygodniowo, da się przeżyć. Natomiast jeśli mielibyśmy obejrzeć ciurkiem trzynaście odcinków takiego „Arrow”, jak to było mozliwe w przypadku „Daredevila”, trzeba by to mierzyć w skali heroicznego wyczynu. „Arrow”, czy nawet mający częstsze zwyżki formy „Flash” w większej dawce byłyby nieznośne, a już szczególnie w sferze wątków obyczajowych, bo te są pisane wyraźnie pod nastolatków. Jednak nie zapominajmy – nastolatki w dzisiejszych czasach oglądają też „Breaking Bad”, „Hannibala” czy „Penny Dreadful”, więc również ich wymagania i popkulturowa tolerancja ulegają przekształceniom i coraz częściej podkpiwają oni z seriali stacji CW (w ofercie są tu jeszcze choćby „Pamiętniki Wampirów”). Owszem, można polubić „DC’s Legends of Tomorrow”  właśnie za ich niedzisiejszą komiksowość, z tymże te ciągłe nawiązywanie do minionej tradycji może w końcu wyjść stacji bokiem. Co prawda Alan Moore sam kiedyś przyznawał, że żałuje wprowadzenia superbohaterów na mroczną, dekonstrukcyjną ścieżkę, ale takie są prawidła każdego, popularnego gatunku. Komiks, także w wydaniu serialowym, nie jest już tylko opowieścią dla dzieciaków, w której nikt tak naprawdę nie umiera, a wszyscy tłuką się po gębach w ten sposób, że nawet śladu nie widać.  Nie można stać w miejscu, trzeba ewoluować, bo jeśli twórcy zagapią się zbytnio w kolorową, niewinną przeszłość, za chwilę nikt nie będzie pamiętał o ich najnowszych dziełach.

Cthulhu LEGO DB
Poprzedni

Mity Cthulhu zaklęte w klockach LEGO [galeria]

ghostbusters2016
Następny

Nowi Pogromcy Duchów, czyli zapowiedzi najbliższych remake'ów

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz