SERIALE 

Game of Silence – o zemście rozłożonej w czasie [recenzja]

„Game of Silence” jest amerykańską wersją tureckiego serialu „Suskunlar”. Po obejrzeniu dwóch odcinków nowej produkcji telewizji NBC, nie da się uciec od podejrzeń, że z kolei ów turecki serial musiał być przeróbką filmowych „Uśpionych” Barry’ego Levinsona z 1996 roku.
„Game of Silence” bardzo udanie pobudza emocje, szczególnie w pilocie, za sprawą którego między widzem, a bohaterami szybko tworzy się solidarna wieź i potrzeba zadośćuczynienia za doznane niegdyś przez nich krzywdy.

W każdym z przytoczonych powyżej tytułów mamy bowiem bardzo podobną sytuację wyjściową. Cofamy się do młodzieńczej przeszłości bohaterów i niefortunnego w skutkach wybryku, który skutkuje umieszczeniem ich w zakładzie poprawczym. Okazuje się on dla nich prawdziwym piekłem na ziemi, są bici, poniżani i wykorzystywani (w filmie wiadomo, że seksualnie, w serialu nie zostało to jeszcze wprost powiedziane). Po odbyciu kary ich drogi się częściowo rozchodzą, ale kolejne, tragiczne wydarzenie sprawi, że po dwudziestu pięciu latach ponownie będą musieli razem stawić czoła przeciwieństwom losu.

Tym kolejnym wydarzeniem, który na nowo rozpali w dorosłych już umysłach żądzę odwetu na dawnych oprawcach, jest czyn najwrażliwszego z nich „Boots’a”, który w międzyczasie zdołał ułożyć sobie jakoś prywatne życie. Pracując obecnie jako samochodowy dostawca, przez przypadek natrafia na jednego z najbardziej okrutnych ciemiężycieli, coś w nim wtedy pęka (chyba głównie przez fakt, że ów dawny prześladowca w ogóle go nie rozpoznaje) i dokonuje brutalnego aktu przemocy, w efekcie czego ląduje w więzieniu. Jego dwaj przyjaciele, czarnoskóry Shawn i mający problemy z kontrolowaniem emocji Gil, nie mają wyjścia i zwracają się o pomoc do ich dawnego lidera, Jacksona, który na długo zniknął z ich życia i jest obecnie wziętym adwokatem. Ale chodzi im nie tylko o wyciagnięcie przyjaciela z więzienia, ale również o pogrzebaną w pamięci na przestrzeni lat i prób ułożenia sobie przez każdego z nich normalnego życia – żądzę odwetu.

„Game of Silence” bardzo udanie pobudza emocje, szczególnie w pilocie, za sprawą którego między widzem, a bohaterami szybko tworzy się solidarna wieź i potrzeba zadośćuczynienia za doznane niegdyś przez nich krzywdy. Wszystko za sprawą przeplatanych z głównym wątkiem fabuły retrospekcji, oszczędnie dawkujących kolejne sceny z upokarzanymi w poprawczaku, ale też dzielnie próbującymi stawić czoła oprawcom przyjaciółmi. Po latach okazuje się zresztą, że prześladowcy stanowią obecnie potężną siłę – i przestępczą, i polityczną – co zapewne uczyni pojedynek między oponentami jeszcze bardziej emocjonującym i z pewnością nie jednostronnym – mamy tu prawo oczekiwać bardzo konkretnej wymiany ciosów. Myliby się jednak ten, kto sądzi, że będzie to typowa, brutalna i męska opowieść. Mamy tu bowiem także walkę z demonami strasznych wspomnień, łzy, cierpienie i rodzącą się w duszach mroczną stronę. A także kobiety, szczególnie jedną z nich, przyjaciółkę bohaterów z dzieciństwa. Jessie brała bezpośredni udział w niefortunnym zdarzeniu, ale była też w pełni świadomie przez chłopaków chroniona, a po dwudziestu pięciu latach od tego wydarzenia, na pewno nie będzie jedynie statystką w tych nadchodzących.

Problem jest taki,  że zemsta będzie tu rozłożona w czasie, bo przecież mamy do czynienia z serialem, a jeśli z zemstą bawimy się w fabularne  komplikacje, to w pewnym momencie może całkowicie gdzieś ulecieć urok tego przewodniego motywu. Jackson jako adwokat chce bowiem powoli budować sprawę przeciwko oprawcom z poprawczaka i najlepiej dopaść ich w sądzie. Porywczy Gil wolałby z kolei prostsze i skuteczniejsze rozwiązanie – zanim więc dojdzie do zemsty, być może będziemy świadkami konfliktu w samej grupie przyjaciół. Zwłaszcza, że wcale nie dzielą się oni całą wiedzą na temat własnej przeszłości, co mogliśmy zaobserwować w drugim odcinku serialu. W każdym razie, jak dotąd jest ciekawie, choć o dziwo bardziej przykuwają do ekranu wątki z retrospekcji i występujący w nich młodsi aktorzy. Tak naprawdę chciałoby się, żeby to właśnie oni mieli możliwość dokonania odwetu, bo ich późniejsze o dwadzieścia pięć lat wersje wydają się być zupełnie innymi ludźmi – zresztą czy w pewien sposób ta sytuacja nie przypomina tej, znanej z „TO!” Kinga? Tam też bohaterowie prowadzili nowe już życia i też musieli nagle wniknąć we własną przeszłość, by odnaleźć w sobie witalną, młodzieńczą siłę do przeciwstawienia się odradzającemu się zagrożeniu. Królowi horroru udało się niegdyś przekonać czytelników, że z demonami przeszłości można skutecznie zawalczyć nawet po długim resecie pamięci, a czy uda się przekonać o tym widzów twórcom serialu, to się dopiero okaże.

duncan
Poprzedni

Korytarzem w mrok - upiorne szkolnictwo [recenzja]

Mucha Comics
Następny

Ludzie gniewu - w kręgu śmierci [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz