SERIALE 

Gra o tron 06×01 – a kto umarł, ten nie żyje? [recenzja]

Szósty sezon najpopularniejszego obecnie serialu na świecie powrócił. Jak twórcy wynagrodzili fanom miesiące wyczekiwania na rozwiązanie cliffhangera z zeszłorocznego, finałowego epizodu?
Szósty sezon „Gry o Tron” będzie dla twórców najważniejszym sprawdzianem, ponieważ prześcigając fabułę książkowego pierwowzoru, wkraczają na naprawdę nieznane wody.

No i co z tym Jonem Snow? Umarł? Nie umarł? Otworzy oczy? Podniesie się? Ożywi go Melisandre? Jego dusza wniknie w ciało wilkora? Widzu, biedny  widzu, you know nothing, wodzą Cię za nos, wściekasz się, ale to ten pozytywny rodzaj wściekłości, bo przecież kręci Cię ta opowieść i obchodzą Cię te postacie. Bo choć zewsząd hype i spoilery, które normalnego odbiorcę powinny przecież drażnić, to jednak uczestnictwo w tym całym medialnym cyrku, powstałym za sprawą serialowej „Gry o tron”, jest w jakiś sposób budujące. Szczególnie dla fana fantastyki, który obserwuje z satysfakcją jak pękają ramy i tamy gatunku uważanego powszechnie za rodzaj getta, kiedy nawet poważne dzienniki prasowe i telewizyjne muszą trąbić o nowym sezonie, bo inaczej się nie da. Świat wokół znerdział kompletnie i to jest po prostu fajne. No właśnie, ale co w końcu z tym Jonem Snow? Naprawdę nie zobaczymy go już żywego?

Jon Snow leży na śniegu, martwy. Potem przenoszą go do zamkniętego pomieszczenia, kładą na stół, a on dalej leży martwy. Na dodatek, jak nic wygląda na trupa. Mija czas, którzy go znaleźli, czyli Davos i przyjaciele martwego Lorda Dowódcy deliberują, zastanawiają się co uczynić, jak w ogóle przeżyć dalsze godziny, a Jon Snow dalej leży martwy na stole. W pomieszczeniu pojawia się nawet wilkor, ale nic się nie dzieje, w oku zwierzęcia nie zobaczymy błyskającej iskierki człowieczeństwa, nie uczyni ono tej poważnej, przypisanej do twarzy Kita Haringtona miny i powoli zaczynamy tracić nadzieję. Ale przecież jest jeszcze Melisandre! Tytuł odcinka nawet brzmi „The Red Woman”, wiadomo, że chodzi o nią, niechże wreszcie coś uczyni! No i Melisandre coś wreszcie robi, pod sam koniec epizodu. Najpierw musi pokazać biust – co się chwali. Potem zdejmuje naszyjnik. A potem… Hej! Co to ma być? Co to ma oznaczać? Czy to będzie miało wpływ na los Jona? Już napisy? Bez żartów…

No dobrze, hype mode off. Przecież w nowym odcinku mamy nie tylko wątek Jona. Sansa i Theon uciekli z Winterfell i wiadomo, że musi ruszyć za nimi pogoń. Misja Jaimego w Dorne zakończyła się fiaskiem i do Królewskiej Przystani dociera z ciałem martwej Myrcelli na łodzi. Po zniknięciu Daenerys, w królestwie Meereen nadal jest niespokojnie, o czym mogą przekonać się Tyrion i Varys, a sama Mhysa podąża na postronku u boku dothrackich wojowników, rozglądając się za swym nieobecnym smokiem. To nie wszystko, bo jeszcze mamy Cersei, Brienne i Podricka, poszukujących Daenerys Joraha Mormonta i Daario Naharisa, krwawe wydarzenia w Dorne i doświadczającą upokorzeń, niewidomą Aryę. A przecież nie udało się pokazać wszystkich bohaterów, ale wtedy mielibyśmy juz do czynienia bardziej z teledyskiem, niż fabularną historią. Choć tak własnie, coraz częstszymi momentami odbieram serialową „Grę o Tron”, jako skompilowany i przemielony z wątków książkowych teledysk z odhaczanymi, kolejnymi scenami i wciąż zastanawiam się, jakbym odbierał ów telewizyjny fenomen, gdybym nie znał pierwowzoru autorstwa Martina.

Jednak znam i coraz mocniej odczuwam dyskomfort z faktu rozjeżdżania się fabuły książkowej z filmową. O ile w „The Walking Dead” (czyli niemal tak popularnym show jak „Gra o Tron”) przymykam oko na eksperymenty fabularne twórców, które jakąś pokrętną drogą w końcu zazębiają się w kluczowych momentach z wydarzeniami z komiksu, o tyle w „Grze o Tron” zawsze raziła mnie wymuszona rozpiętością właściwej historii, jej filmowa skrótowość. Czytelnicy zżymają się na kolejne tomy „Pieśni Lodu i Ognia” zarzucając Martinowi, że niepotrzebnie rozdmuchał fabułę do niebotycznych rozmiarów, ale być może takie myślenie obłożone jest częściowo wpływem struktury  serialu, w którym twórcy starają się uchwycić samą esensję historii Martina. Dlatego znikają niektóre wątki, dlatego następują inne zwroty akcji, dlatego te dwie formy przekazu zaczynają tak mocno od siebie odstawać. Mnie samemu rozdmuchana fabuła pisarza w ogóle nie przeszkadza, wydaje mi się, że podczas tworzenie swej historii Martin w pewnym momencie dostrzegł szansę na coś unikalnego, czyli zbudowanie jak najpełniejszego obrazu świata przedstawionego – a wtedy po prostu nie można iść na skróty.

W serialu jest inaczej, w serialu chodzenie na skróty jest wpisane w jego formę. Popularność filmowej „Gry o Tron” jasno wskazuje, że twórcy doskonale wiedzą co robią, budując własną wersję świata stworzonego przez Martina. Muszą ciąć, muszą wybierać atrakcyjne wątki, muszą je modyfikować i bazować przede wszystkim na emocjonalnej warstwie tej opowieści, opartej przede wszystkim na szeregu konfliktów. Tyle że, szósty sezon będzie tak naprawdę dla nich najważniejszym sprawdzianem, ponieważ prześcigając fabułę książkowego pierwowzoru, wkraczają na naprawdę nieznane wody. W najnowszym odcinku już zaczynają eksperymentować (choć przecież eksperymentowali od pierwszego sezonu) i z pewnością wielu widzom nie spodobają się przedstawione przez nich rozwiązania fabularne.

Na razie jest w miarę spokojnie i trochę przewidywalnie (może oprócz wydarzeń w Dorne), w zasadzie najbardziej ciekawi mnie, jaki będzie rozwój wątku Cersei, która po upokorzeniach z poprzedniego sezonu i kolejnej stracie dziecka musi w końcu wziąć odwet na winnych. Z tymże, od Martina twórcy nauczyli się jednej rzeczy – że w tej historii nikt nie jest bezpieczny. Nawet więcej, wzięli sobie tę deklarację bardzo do serca i przez wszystkie kolejne sezony postanowili – w przeciwieństwie do pisarza – nie przywracać do życia martwych bohaterów. Teraz stoją zatem przed najważniejszym wyzwaniem – albo złamać stworzoną przez samych siebie zasadę, albo dać fanom to, czego Ci najwyraźniej pragną. W ogóle fakt, że niemiłosiernie przeciągają tę kwestię, nie stawiając ostatecznej kropki nad i, jest nad wyraz irytujący, ale też skuteczny, jeśli chodzi o nakręcanie hype’u. No właśnie, które rozwiązanie jest lepsze? Czy lepiej dać Jonowi Snow spoczywać w pokoju, czy dać jeszcze pograć Haringtonowi? Cholera, przecież to samo pytanie zadawaliśmy sobie już w zeszłym roku. Dobrze, że tym razem tylko tydzień czekania, a w międzyczasie przecież można podyskutować o tym w sieci.

SQN
Poprzedni

Królowie Dary - mistrzowskie fantasy made in China [recenzja]

Mucha Comics
Następny

Chew #4: Flambirowanie - na kosmiczną skalę [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz