SERIALE 

Gra o tron: Sezon 6 – Punkt zwrotny [recenzja]

Przez internet przetoczyła się już fala memów związanych z finałem szóstego sezonu „Gry o Tron”, więc można o nim bezpiecznie porozmawiać. Końcówka podzieliła widzów, podobnie jak i cała ostatnia seria. Twórcy postanowili bowiem uderzyć w inne tony, niż w poprzednich rozdziałach tej historii. Zobaczmy, jak im to wyszło.
Jedną rzecz trzeba powiedzieć wprost. „Gra o Tron” radykalnie zmieniła swój charakter. Jak bardzo odbiega od oryginału – ciężko już stwierdzić, bowiem wyprzedziła książki o fabułę jednego tomu. Niemniej, jest to punkt zwrotny w serialu.

Uwaga, dalej pojawić się mogą tłuste spoilery, dlatego, jeśli jesteście w tyle – przeskoczcie od razu do oceny na końcu.
Od samego początku widać, że walki w Westeros i okolicach wchodzą w decydującą fazę. Znikają ostatnie przeszkody, zbędni bohaterowie i zawalidrogi głównych graczy. Giną zarówno ci lubiani przez fanów, jak i znienawidzeni. Na placu boju zostają tylko najważniejsi. Jon Snow wraca też zza grobu, co było wiadome jeszcze przed rozpoczęciem sezonu. I w sumie należało mu się jak psu buda, bo tuż przed śmiercią zaczął być ciekawą postacią. To nie jedyne „zmartwychwstanie”, ale każdy taki motyw jest dobrze osadzony w fabule.

Potwierdzeniu ulega też kilka teorii, które krążyły wśród fanów.

Cały sezon, poza ostatnimi dwoma-trzema odcinkami, wygląda jak rozstawianie figur na szachownicy przed wielkim, złożonym i wyboistym finałem. Wszyscy załatwiają ostatnie drobne sprawy, zaszłości i knują na coraz większą skalę.
Szósta seria jest nierówna. Spora ilość dziur, niedopowiedzeń i nielogiczności idzie w parze z rozmachem i dosyć efektownym sprzątaniem wątków. Czasem ta epickość wiedzie niestety w stronę kiczowatego heroizmu rodem ze starej, dobrej „Xeny”. Trafiła się nawet porywająca przemowa, którą mógłby wygłosić dowódca do dzielnych komandosów z filmu Michaela Baya.

Ostatecznie jednak nadbudowywanie akcji zaowocowało dwoma bardzo mocnymi epizodami kończącymi. Przedostatni z nich opowiada oczywiście o bitwie bękartów. Twórcy wzbili się na realizacyjne wyżyny. Po pierwsze – świetnie sprawdziła się konstrukcja fabularna, bowiem tym razem scenariusz prowadził tylko dwa wątki – Północy i Zatoki Niewolników. Po drugie – finałowe starcie między siłami Starków i Boltonów to naprawdę porządna scena batalistyczna. Efektowna, widowiskowa, a przy tym brudna, okrutna i naturalistyczna. Mimo, że tym razem ci gorsi zostają ukarani – naprawdę czujemy, że mamy do czynienia z „Grą o Tron” taką, jaką znamy i pokochaliśmy na początku. Żadnej chwały i heroicznych zrywów, tylko bezpardonowa walka i zimna satysfakcja o smaku popiołu. Oraz łut szczęścia poparty czyjąś intrygą. Ostatni odcinek sezonu to z kolei czas wielkich rozstrzygnięć i ostatnich przetasowań na tronie. O ile parę zagrywek było dosyć przewidywalnych, o tyle przynajmniej jedno rozwiązanie może zaskoczyć, tak radykalnością, jak i drastycznością.

Jedną rzecz trzeba powiedzieć wprost. „Gra o Tron” radykalnie zmieniła swój charakter. Jak bardzo odbiega od oryginału – ciężko już stwierdzić, bowiem wyprzedziła książki o fabułę jednego tomu. Najprawdopodobniej. Niemniej, jest to punkt zwrotny w serialu.

O ile okrucieństwo i bezwzględność nie zniknęły z ekranu – wciąż zdarzają się sceny pełne wyrachowania i przemocy, tak fizycznej, jak i psychicznej – o tyle niezwykle łagodnie historia obchodzi się z postaciami, nad którymi dotąd się pastwiono. Dramatis personae dostały taryfę ulgową. Serial stał się… łagodniejszy. Z jednej strony można obawiać się, czy całkiem nie zatraci swego charakteru, z drugiej – ileż można pokazywać cierpienie krążące po tym samym gronie. W końcu każdy kiedyś odbija się od dna. No, prawie każdy. To wygląda, jakby los sięwreszcie uśmiechnął do tych, do których powinien. Pytaniem otwartym pozostaje, czy to nie jest aby cisza przed burzą, po której widzowie zawyją z żalu. Z drugiej strony, nieustająca wyżynka lubianych postaci stałaby się przedmiotem żartów. To zbyt monotonny zabieg, by powtarzać go w nieskończoność. Wskrzeszenie Jona to może – z szerszej perspektywy – ograny motyw, ale w kontekście tej konkretnej opowieści zadziałało jak powiew świeżości.

Oczywiście, wiele wątków spłycono i odarto z niuansów, chwilami całość wygląda, jakby scenarzyści pozbawieni parasola w postaci książek trochę się gubili. Mniej tu kameralnych scen skupiających się na detalach, postaci rzadziej popisują się też błyskotliwymi dialogami.

Od strony technicznej „Gra o Tron” wciąż prezentuje bardzo wysoki poziom, czego dowodzi choćby wspomniana bitwa i kilka innych efektownych fragmentów. Smoki zaprojektowano bardzo ładnie i wyrastają na potężne, groźne bestie. Wprawdzie poziom spektakularności spada, gdy gadziny za bardzo pokazują rodowód CGI, ale to przecież serial z dużym, jednak wciąż ograniczonym budżetem. Pod względem kostiumów, scenografii i aranżacji scen to wciąż pierwsza liga. Uwagę przykuwa też nietuzinkowa, zwiastująca potężne pieprznięcie ścieżka dźwiękowa ostatniego odcinka. Tym zabiegiem udało się zbudować naprawdę duże napięcie.

Aktorzy, oczywiście, podołali wyzwaniu, choć nie pokazują też nic nowego.

Najnowszy sezon znajdzie swoich zwolenników. Znajdzie też przeciwników. Zdecydowanie bardziej stawia na efekt pojedynczych scen niż spójność. Momentami odlatuje w stronę heroic fantasy z niezabijalnymi bohaterami. Ale jednak… wciąż sie ogląda. Jeśli wsiąkliście w tę opowieść, to dociągniecie do końca. Dwa ostatnie odcinki wynagrodzą też Wam najprawdopodobniej bzdury z poprzednich. Mimo wszystko, oglądało się to lepiej niż sezon poprzedni. Pozostaje teraz czekać na wielki finał.

 

Call of Juarez
Poprzedni

Najciekawsze polskie gry ostatniej dekady

BrainDead_TV_Series-238671012-large
Następny

BrainDead - polityka, kosmiczne mrówki i eksplodujące mózgi [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz