SERIALE 

Hand of God – Śledztwo z udziałem Boga [recenzja]

Czasami trafia się taki twór, że nie wiadomo z której strony go ugryźć. „Hand of God” drażni i niepokoi, momentami nawet ryje beret, zmuszając intelekt do bezcelowych protestów wobec sensu rozgrywających się na ekranie wydarzeń. Mamy tu nawróconego grzesznika, który doznaje objawień. Cały szkopuł właśnie w tym nawróceniu. Jest zupełnie inne niż te, do których przez lata przyzwyczaiła nas popkultura.

Czasami zastanawiam sie, jakież to niósł w sobie przesłanie mój ulubiony serial, czyli „Breaking Bad”. Przemyślenia prowadzą mnie do wniosku, że nie niósł żadnego, po prostu opowiedziano w nim powalającą  intensywnością historię, a twórcy opowiadając o losach Waltera White’a wcale nie mieli zamiaru nic nam narzucać. Widz z tego co działo się na ekranie musiał wyciągnąć wnioski sam. To dziwne, bo przecież o Breaking Bad” można spokojnie powiedzieć, że to wybitnie uniwersalna historia. O przemianie, o dążeniu do celu, o upadku. Skonstruowana tak, że ludzie pokochali i kibicowali poczynaniom Waltera White’a, przy okazji nienawidząc postaci jego żony, będącej zawadą na drodze do wielkości byłego nauczyciela chemii. Zaraz, zaraz, czyli jednak coś nam narzucono? Ależ ci twórcy  to spryciarze!

„Hand of God” pomysłem i strukturą fabuły mocno przypomina „Breaking Bad”. Oto w głównym bohaterze, wobec pewnych, wydawałoby się nieodwracalnych okoliczności dokonuje się przemiana. W jej wyniku dąży on do określonego celu, nie bawiąc się w półśrodki. Nie wiemy na razie, czy przywiedzie go to do upadku, bo już przed przemianą był jeśli nie upadłym człowiekiem, to z pewnością wielkim grzesznikiem. Ale może przejdźmy do faktów.

Pierwsze sceny serialu pokazują baraszkującego w wielkiej fontannie, nagiego, przemawiającego starożytnymi językami Rona Perlmana. Doznał epifanii, czy oszalał?

Pernell Harris, główny bohater grany przez Rona Perlmana jest sędzią w miejscowości San Vincente. Razem z czarnoskórym burmistrzem trzęsie miastem, żadna poważna inwestycja, żaden oficjalny, czy szemrany interes nie może odbyć się tutaj bez ich aprobaty. Dla San Vincente szykuje się właśnie najpoważniejszy w historii miasta deal – zawarcie umowy na uruchomienie olbrzymiej inwestycji, w wyniku której może powstać tu alternatywa dla Doliny Krzemowej. Wszyscy spinają pośladki, burmistrz dwoi się i troi na drodze do pozytywnego załatwienia sprawy, tymczasem główny bohater doznaje objawienia, które skutki są w stanie wszystko skomplikować.

Pierwsze sceny serialu pokazują baraszkującego w fontannie, nagiego, przemawiającego starożytnymi językami Rona Perlmana. Doznał epifanii, czy oszalał? Stopniowo dowiadujemy się, jakie są przyczyny objawienia sędziego. Po próbie samobójczej, jego syn jest pogrążony w śpiączce i leży w szpitalu podłączony do podtrzymującej funkcje życiowe aparatury. Przed tym tragicznym wydarzeniem miało miejsce inne – została zgwałcona jego żona, nie znaleziono sprawców tego czynu, próba samobójcza wydaje się być wynikiem braku pogodzenia się z tymi faktami. Zawieszony na krawędzi życia i śmierci syn, za sprawą najwidoczniej boskiej interwencji, zaczyna nagle przemawiać w głowie ojca. Żąda sprawiedliwości. Chce by znaleziono i ukarano winnych gwałtu. Pernell zaczyna wierzyć, że wyjaśnienie tej sprawy spowoduje przebudzenie się syna i rozpoczyna własne śledztwo. Ale to nie wszystko. To nie jest jakieś zwyczajne śledztwo. Nie ma tu poszlak, śladów i dedukcji. Są za to znaki od Boga. Albo, jeśli podświadomie nie zgadzamy się z taką koncepcją – halucynacje sędziego. Tylko co zrobić z tym, że te niby halucynacje zaczynają przynosić wymierne efekty śledztwa?

Trzeba przyznać, że Ron Perlman, będący również jednym z producentów serialu miał nosa do tej, wymykającej się gatunkowym szufladkom produkcji. Pomysł wyjściowy po prostu sam niesie tę historię. Poza tym mamy tu jeszcze kilka intrygujących i rozbudowujących opowieść wątków. Jest poboczna historia młodego pastora (wcześniej aktora), który ze swoją życiową partnerką tworzy nowy kościół, pod znaną z tytułu nazwą – „Hand of God”. To tutaj, wspomagając przy okazji instytucję hojnymi datkami, sędzia Harris znajduje duchowe wsparcie. Jego pomocnikiem w śledztwie zostaje uniewinniony przez niego na rozprawie sądowej przestępca ( w tej roli świetny, mrukliwy Garret Dillahunt), były członek bractwa aryjskiego, który tak jak Pernell odnalazł Jezusa. Odtąd, jako wspólnicy, razem z dającym im kolejne wskazówki Bogiem, prowadzą śledztwo w iście starotestamentowym stylu. Kolejne objawienia prowadzą bowiem do uruchomienia brutalnej fali przemocy, dokonywanej w imię boskiej sprawiedliwości.

Tak jak wspomniałem we wstępie, nie wiadomo z której strony ugryźć ten fenomen. Co to ma być? Metafizyczny kryminał? Mini traktat o wpływie religii na jednostki? Podany w atrakcyjnym, filmowym opakowaniu eksperyment myślowy? Nie ma tu prostych odpowiedzi, wszystko zależy od nas samych. Atmosfera jest gęsta, pojawia się sporo starotestamentowych odniesień. Dodatkowo twórcy nie ułatwiają odbioru, historia toczy się bowiem nieśpiesznie, poszczególne wątki zazębiają się powoli, podobnie zresztą jak w pierwszym sezonie „Breaking Bad”, kiedy to opowieść dopiero się rozkręcała. Brakuje może tego rodzaju fabularnej i formalnej intensywności, którą charakteryzowała się produkcja o perypetiach Heisenberga. A przepraszam – przecież są w „Hand of God” rzadkie, ale za to bardzo intensywne momenty. Najpierw słyszymy chóralną, jakby anielską muzykę, a potem zaczynają się trwające zawsze tylko kilka chwil objawienia. Albo halucynacje. Tylko skoro to halucynacje, czemu zamiast śmiać się na ich widok, bądź kręcić z niedowierzaniem głową, wpatrujemy się w te sceny jak urzeczeni, czując na plecach mimowolne dreszcze?

Egmont
Poprzedni

Wolverine i X-Men #1: Cyrk przybył do miasta - superbohaterszczyzna dość nietypowa [recenzja]

Galeria Książki
Następny

Trollhunters. Łowcy Trolli [fragment]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz