SERIALE 

Jean-Claude Van Johnson 01×01- weteran w formie [recenzja]

Scena, w której kelner z hipsterskiej restauracji nie może poznać klienta – dawnego gwiazdora kina akcji – prowokuje do zadania pytania o to, jak bardzo zmienił się Jean-Claude Van Damme. Aktorsko, nie fizycznie. Bo „Jean-Claude Van Johnson”, czyli nowy serial platformy Amazon, to całkiem udany żart z kina akcji i częściowe zmierzenie się z legendą belgijskiego aktora.

Pomysł na telewizyjną historię jest prosty, ale interesujący. JCVD wciela się bowiem w filmowego aktora na emeryturze, dla którego hollywodzka gaża nie była jedynym źródłem dochodu. Van Damme działał również jako Van Johnson, czyli były tajny agent do zadań niemożliwych. Nieoczekiwany powrót do profesji – zarówno jednej, jak i drugiej – wiąże się zaś ze spotkaniem dawnej ukochanej. Tylko czy miłość będzie silniejsza niż bóle w krzyżu?

„Jean-Claude Van Johnson” to widowisko, na które patrzy się z przymrużeniem oka. Intencja twórców jest tutaj wyczuwalna od pierwszych minut, a więc momentów, gdy obserwujemy posiadłość bohatera – niemalże świątynie ku czci filmowym wizerunkom sprzed lat. A wszystko podszyte melancholijną muzyką Jacquesa Brela, który śpiewa o zapomnieniu, minionych dniach… cudowne otwarcie poprzedzone frywolną, ale nieoczywistą sceną łóżkową.

Van Damme świetnie odnalazł się w takiej parodystycznej konwencji. Grając agenta, który podążając za głosem serca udaje się na tajną misję do Bułgarii, występuje także w dzikiej wariacji na temat „Huckleberry Finna” – przecież JCVD musi mieć jakąś przykrywkę do szpiegowskich działań. Najlepsze są jednak momenty auto-refleksji, choćby krótka opinia rzeczonego na temat filmu „Timecop” i „Looper”, a następnie… bezpardonowy pojedynek z przeciwnikami. Tak, zdecydowanie jest osobliwie!

Ale to dobrze. Nawet bardzo. Widowisko potrafi przez to zaskakiwać. Nie tylko jako parodia na kino akcji, filmy szpiegowskie, ba, w pewnym sensie nawet na standardy produkcji ze współczesnego Hollywood. To również historia o bohaterze z przeszłością. Co by nie mówić – legendzie, która jest żywa. Van Damme serwuje zabójcze kopnięcia obrotowe z wyskoku, tyle jednak, że… nie zawsze trafia w gangsterów. Ten serial to także humor oparty na fizyczności. Prosty, ale zabawny.

Odcinek pilotażowy, co zrozumiałe, zawiera w sobie pewne skrótowce: fabularne niedomówienia. Nie brakuje też tajemnicy i relacji JCVD z ukochaną Vanessą – ujętej w formie sprawnie zrealizowanych retrospekcji. Intryga sprawia zaś wrażenie pretekstowej. Ot, pojawia się sprawa z handlem narkotykami, to trzeba ją rozwiązać. Wiele więcej zresztą na ten moment nie trzeba, prawdopodobnie każdy odcinek będzie dotyczyć innej akcji.

Będzie tak natomiast, jeśli twórcy Amazona zdecydują się na realizację pełnego sezonu. Szczerze? Warto spróbować. Van Damme udowodnił, że wciąż sprawdza się w czymś więcej niż reklamie ciężarówek „Volvo” i jako antagonista „Niezniszczalnych”. Poniekąd autobiograficzny sznyt widowiska był też zresztą przepisem na sukces filmu „JCVD” z 2008 roku. Oby tym razem było podobnie.

Póki co, największą obawę wiązałbym jednak z tym, jak długo ten żart będzie bawić. Istnieje ryzyko, że humorystyczne perypetie aktorskiego mocarza zwyczajnie się opatrzą i znudzą. Nieudane szpagaty, nietrafione kopniaki, granie na schematach. Ale może będzie inaczej, zwłaszcza, że gwiazdor kina akcji jest w formie – zarówno sportowej, jak i aktorskiej. I warto z tej sposobności  skorzystać.

Universal Music Polska
Poprzedni

Brave Enough - wszystko za co kochamy Lindsey Stirling [recenzja]

T-Mobile Nowe Horyzonty
Następny

T-Mobile Nowe Horyzonty – radosna prostota współżycia

Marcin Waincetel

Marcin Waincetel

Absolwent kulturoznawstwa i filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Redaktor portali Paradoks, Booklips i Poltergeist, publikował na łamach magazynu „Coś na progu” oraz Geezmo. Osobowościowo zbliżony ponoć do Johnny’ego Deppa, a także Edgara Allana Poe, zakochany w X Muzie oraz wszystkich możliwych przejawach popkultury.

1 Comment

  1. Dashiel BH
    2016-08-25 at 21:38 — Odpowiedz

    już JVCD z 2008 roku pokazał że stać Belga na zarówno autoironię jak i solidną grę aktorską, z chęcią podpatrzę co słychać u mojego idola z dzieciństwa:)

Dodaj komentarz