SERIALE 

Koniec dzieciństwa – depresyjna ekranizacja depresyjnej powieści [recenzja] [mini-serial] [sci-fi]

„Koniec dzieciństwa” ma zawiązanie fabuły podobne do tego z „Dnia Niepodległości” – nad najważniejszymi miastami świata pojawiają się olbrzymie statki Obcych. Potem jednak historia rozwija się zupełnie inaczej, niż w klasycznej już rozpierdusze Rolanda Emmericha.
W „Końcu dzieciństwa” kosmici, zamiast rozpocząć typowe dla filmowej fantastyki wrogie działania, powodują, że na Ziemi znikają wojny, głód, choroby i nierówność.

Dla oldschoolowych fanów fantastyki nazywanie „Dnia Niepodległości” klasyką s-f brzmieć musi jak świętokradztwo. Klasyką jest za to z całą pewnością „Koniec dzieciństwa”,  zekranizowana w formie trzyodcinkowego mini-serialu powieść jednego z najbardziej poważanych, choć trochę dzisiaj zapomnianych autorów gatunku, Arthura C. Clarka. Clarke wykorzystuje sztafaż spekulatywnej powieści science-fiction, by snuć rozważania i domysły na kilka nurtujących go tematów – możliwość istnienia społeczeństwa utopijnego, zagrożenia i granice rozwijającej się nauki, czy droga ewolucji ludzkości. W tym akurat przypadku, do snucia tych spekulacji potrzebni mu byli jako moc sprawcza dla kierunku rozwijanej fabuły –  kosmici. Obcy, którzy do pogrążonych w zimnowojennych rozgrywkach Ziemian nieoczekiwanie wyciągają pomocną dłoń. I rzeczywiście, zamiast rozpocząć typowe dla filmowej fantastyki wrogie działania, powodują, że na Ziemi znikają wojny, głód, choroby i nierówność. Kończy się dla ludzkości okres dzieciństwa i zaczyna epoka dojrzałości, złoty wiek. Nie wszyscy oczywiście godzą się na taką utopię, tworząc rodzaj enklawy starego porządku w postaci Nowych Aten. Są jednak marginesem, reszta ludzkości pławi się w dobrobycie. Jest jedno „ale” – zawieszony zostaje ziemski program kosmiczny, jakby kosmici nie chcieli, by ludzkość kontynuowała badania i eksplorację wszechświata.

Cały czas nie jestem pewien, czy twórcy dobrze zrobili, pokazując zaraz na początku serialu, jak to wszystko się kończy. Na zniszczonej kanapie, pośród krajobrazu jak po trzęsieniu ziemi siada czarnoskóry mężczyzna i wypowiada kilka zdań do krążącego w powietrzu kulistego,  rejestrującego urządzenia. Przedstawia się, mówi, że z zawodu jest, czy raczej był astrofizykiem, a potem określa się jako ostatni człowiek posiadający przywilej korzystania z cielesnej przyjemności. Na koniec prosi niewiadomych adresatów, by nie zapomniano o Ziemianach. Zaraz potem cofamy się do wydarzeń, które mają nas poprowadzić do tego tajemniczego finału. Widzimy wiszące na niebie statki obcych, które jednoznacznie kojarzą się z inwazją i tłumaczymy sobie, że ta początkowa zajawka z samotnym człowiekiem na kanapie jest pewnie scenariuszową podpuchą.  Zaczynamy oglądać łudząc się, że fabuła zostanie odpowiednio naprostowana, gdy tymczasem na ekranie dzieją się rzeczy, do których jako uformowani przez popkulturowe schematy odbiorcy nie jesteśmy już  od dawna przyzwyczajeni.

Po pierwsze, historia toczy się tu w  nieco w archaicznym stylu, charakterystycznymi dla dawnych telewizyjnych produkcji formalnymi koleinami, a po drugie, poprzez wierną w dużym stopniu adaptację  powieściowego oryginału sprzed lat, niespodziewanie wypada z torów hollywooodzkich banałów. Takie połączenie budzi dziwny, rzadko oferowany przez ekranową fantastykę, fabularno-ideowy dysonans, a im dalej opowieść się rozwija, tym głębszy rodzi u odbiorcy wewnętrzny protest, który rozpoczynając seans liczył zapewne na zwyczajowe (z dzisiejszej perspektywy) science-fiction. „Koniec dzieciństwa” może zwyczajowy był kiedyś, dzisiaj tę wymyśloną przez Arthura C. Clarka opowieść ogląda się niczym pochłaniający nas stopniowo, intelektualnie wykalkulowany, ale bazujący na podstawowych emocjach koszmar. Koszmar rodzący ponadto przekonanie o możliwości jego ziszczenia,  gdzieś, kiedyś, w zapewne bardzo odległej, ale też mającej wszelkie prawo by nadejść,  przyszłości.

Rola i zabiegi kosmitów jako zwierzchników Ziemian  – a właściwie przez długi czas z tajemniczych powodów niewidocznego dla widzów i bohaterów ich jednego przedstawiciela o imieniu Karellen (i przykuwającym uwagę głosie Charlesa Dance’a!)  –  stają się w „Końcu dzieciństwa” pretekstem do skrupulatnego wyliczenia i wytknięcia ludzkości jej urodzonych przywar, na czele z wieczną świadomością o byciu pępkiem Wszechświata i prowadzącymi wiele razy do przeróżnych tragedii, opartymi na generowaniu konfliktów działaniami. Idąc tym tokiem myślenia, gdybyśmy wyruszyli w  końcu w międzyplanetarną podróż i w efekcie rozprzestrzenili się w kosmosie, skutkiem byłyby zapewne nieszczęścia na kosmiczną skalę, prawda? To jednak nie wszystko. Twórcy idą jeszcze dalej w swych spekulacjach i trzeba przyznać, że chyba po raz pierwszy w filmowym science-fiction mamy do czynienia z racjonalnym i efektownym połączeniem wątków naukowych z takimi, które zazwyczaj uznajemy za nadnaturalne. W efekcie, niektóre symboliczne, czy nawet biblijne w swym wymiarze obrazy robią większe wrażenie niż te, które odsłaniają przed nami tajemnice nowoczesnych technologii i świata kosmitów.

Ostatecznie, „Koniec dzieciństwa” staje się opowieścią o tym, że ludzkość nigdy nie była, nie jest i nie będzie przygotowana na to, co przynosi jej przyszłość. Nie jest poprzez swoje mentalne i emocjonalne ograniczenia, właściwie ta zbitka, która powinna nam pomagać – racjonalizm wespół z wiarą, kumulując się w człowieku stanowią przeszkodę na drodze do rozwoju ludzkości. Zawsze znajdziemy jakieś „ale”, zawsze z czymś nie będziemy mogli się pogodzić, zawsze motorem postępu będzie jakiegoś rodzaju konflikt, w wyniku którego możemy równie dobrze podzielić los dinozaurów, co pożeglować w stronę krańcowego posthumanizmu.  Fascynujące jest, że do tej smutnej, przykrej i w jakiś niezwykły sposób tworzącej wrażenie prawdopodobnej wizji upadku ludzkości, twórcy potrzebowali właściwie dwóch, ujmujących wizualną  prostotą pomysłów. Ale może lepiej nie spojlerujmy.  Jedno jest pewne – zawsze warto jest wrócić do klasyki s-f, nawet jeśli ów powrót funduje nam depresję na resztę dnia. Ważne, że w parze z podłym nastrojem idzie ożywcza refleksja. Refleksja z rodzaju tych, dzięki której w czasie sylwestrowej nocy będziemy w stanie oprócz wybuchających fajerwerków, dostrzec wysoko nad nami także gwiaździste niebo.

PIAS
Poprzedni

Brendan Perry: Religia to zło tego świata [wywiad]

Austin Book Club
Następny

Wojciech Chmielarz - Dziesięć powieści mojego życia

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz