SERIALE 

Korzenie – udany remake legendarnego serialu [recenzja]

Oglądanie współczesnej wersji „Korzeni” jest niczym podróż w czasie. Nie tylko ze względu na dawne, serialowe sentymenty, ale także ze względu na sposób realizacji nowej produkcji kanału History.
Nowa wersja „Korzeni” już zdążyła wzbudzić wśród zachodnich widzów kontrowersje, wzbudzi zapewne i na naszym podwórku.

Telewizyjne „Korzenie” z 1977 roku to jeden z tych seriali, które zostały na zawsze w pamięci ówczesnych, także polskich widzów. Pokazywane jakimś dziwnym zrządzeniem losu w czasach PRL-u, u żyjących w jego szarej rzeczywistości Polaków budziły natychmiastowe skojarzenia z fatalnym położeniem głównego bohatera. Młody Kunta Kinte był afrykańskim wojownikiem z plemienia Mandinka, od urodzenia cieszącym się wolnością i głębokimi, rodzinnymi więzami. Zrządzeniem losu został pojmany przez członków rywalizującego plemienia, sprzedany w niewolę i przetransportowany do Ameryki. Jego osiemnastowieczne losy opisał dwieście lat później, będący potomkiem Kunta Kinte, Alex Haley. W postaci nagrodzonych Pulitzerem „Korzeni” pisarz stworzył imponujące, powieściowe drzewo genealogiczne, opisujące koleje losu jego czarnoskórych przodków. Bardzo znaczący jest tu podtytuł książki, czyli „saga amerykańskiej rodziny”, który sam w sobie jest czytelną manifestacją i zarazem zawiera prawdy i paradoksy obecne w historii USA – historii dotyczącej nie tylko rozwoju demokracji, ale także obejmującej czasy niewolnictwa, którego doświadczyli czarnoskórzy mieszkańcy Ameryki.

Nowa wersja „Korzeni” już zdążyła wzbudzić wśród zachodnich widzów kontrowersje, wzbudzi zapewne i na naszym podwórku. W opiniach na temat serialu padają zarzuty o przeinaczanie faktów historycznych, zarówno dotyczących fragmentów dziejących się na Czarnym Lądzie, jak i późniejszych, rozgrywających się w Ameryce. Czasem chodzi tu o marginalne szczegóły, czasami o odmienne światopoglądy odbiorców serialu. Owszem, twórcy zaczynają w pewnych momentach grać politycznie poprawnymi kartami, ale nawet wtedy „Korzenie” pozostają doskonale zrealizowaną i opowiadająca o ważnych, uniwersalnych sprawach opowieścią, co czasami pogrążonej w ideowo-historycznych sporach widowni umyka.

Ze starych „Korzeni” pamiętam mój szok małego człowieka, kiedy okazywało się, że posiadający silne poczucie wartości i próbujący zrzucić jarzmo niewoli bohater, nie mógł skutecznie uwolnić się spod władzy białych panów. Jakże to tak, miałoby w tej historii nie być szczęśliwego zakończenia? Dzisiaj, oglądając nową wersję, wiem że to nie ten rodzaj opowieści, choć dalej mówi ona o walce o godne życie i poczucie duchowej wolności. Kunta Kinte, czarnoskóry wojownik, który nie chce wyprzeć się swojego prawdziwego imienia, kiedy nie ma już dla niego nadziei, kiedy wyczerpał wszystkie możliwości ucieczki, przypomina sobie co jest najważniejszą powinnością wojownika – założenie rodziny. Jeśli on nie da rady, to być może jego potomkowie zawalczą kiedyś skutecznie o należne im prawa.

„Korzenie” to w zasadzie prosta historia o uniwersalnych prawdach, nakręcona w stylu dawnych seriali i świetna aktorsko, prowadzona od początku do końca i operująca tradycyjnymi, dramaturgicznymi chwytami (ale bez epatowania obowiązkowymi w dzisiejszych czasach cliffhangerami), a i tak wciąż bardzo dynamiczna, efektowna i mocno oddziałująca na odbiorcę (choćby podczas wydarzeń na transportującym niewolników statku). Czyżby był to alternatywny patent na porządną, angażującą widzów telewizyjną produkcję? Cóż, wydaje się, że tak, ponieważ w „Korzeniach” chodzi o oczywistą w swym wymiarze sprawę. To, szczególnie w pierwszej części serialu, niezwykle emocjonująca opowieść o tracącym wolność człowieku, robiącym wszystko co jest tylko w stanie, by ją odzyskać. I to w zupełności wystarcza by stworzyć pamiętną historię, potrafiącą poruszyć widzów i dzisiaj, i czterdzieści lat temu.

 

 

 

UIP
Poprzedni

Grimsby - najlepsza absurdalna komedia roku? [recenzja]

Ninja Turtles Cosplay Dzika Banda 34
Następny

Najlepszy cosplay (XV) - Wojownicze Żółwie Ninja [galeria]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz