SERIALE 

Lethal Weapon 01×01 – na co komu serialowa „Zabójcza Broń”? [recenzja]

„Lethal Weapon” telewizji FOX to trochę dziwny przypadek. Nowa wersja przygód Martina Riggsa I Rogera Murtaugh to momentami nawet niezłe, telewizyjne patrzydło, tylko że raczej nikomu niepotrzebne.

W ostatnich latach różnie bywało z próbami przeniesienia znanych filmowych produkcji na serialowe poletko. Wielkim objawieniem okazało się „Fargo”, którego twórcy udanie zaadaptowali styl braci Coen na potrzeby telewizji. Niedawny serialowy rodzynek, czyli „Limitless” został z kolei po pierwszym sezonie skasowany, mimo oryginalnej fabuły ciekawie rozwijającej wątki filmowego pierwowzoru. W tym gronie są też niewypały, choćby w postaci niedawnych „Godzin szczytu”, w przypadku których twórcy poszli po linii najmniejszego oporu, licząc zapewne że renoma oryginału przyciągnie przed ekrany zaciekawionych nową wersją odbiorców. Na to samo liczyli zapewne filmowcy stojący za „Lethal Weapon”, bez większego wdzięku opowiadając w pilocie jeszcze raz tę samą historię, czy wręcz kalkując fabułę pierwszej odsłony serii.

Jak najlepiej skwitować telewizyjne „Lethal Weapon”? Wzruszeniem ramion.

To właśnie szkopuł wielu tego typu transformacji. Skoro mamy pamiętny, kultowy pierwowzór, czy jest sens przerabiać go na telewizyjną papkę? Sens jest w przypadku kiedy wiemy, jak z takiej bądź co bądź konfrontacji wyjść obronną ręką. Udało się to w przypadku przywołanych powyżej „Fargo” i Limitless”, ale tu twórcy po prostu mieli pomysł na całość. Natomiast pilot „Lethal Weapon” jest zwykłym odcinaniem kuponów – chyba że zmieni się to w następnych odcinkach, choć nie sądzę. Prawdopodobnie czeka nas kolejny procedural, którego siłą napędową mają być przekomarzania pary głównych bohaterów, na zmianę ze scenami akcji. Czyli nic nowego.

Czego nie można odmówić pierwszemu epizodowi serialu to właśnie scen akcji –  było nieźle, widowiskowo i wybuchowo. Co jeszcze bardziej zadziwiające, bohaterowie dają się lubić. Mnie bardziej przekonał udanie szarżujący kiedy trzeba Martin Riggs w wykonaniu Clayne’a Crawforda, który jednak nie pokazał niczego, czego nie widzieliśmy już w wykonaniu Mela Gibsona. Natomiast Murtaugh w wykonaniu Damona Wayansa miejscami drażnił, za mało w nim było poczciwości i naturalności poprzednika, za dużo śmieszkowania na granicy parodii, choć trzeba przyznać, że w akurat jego przypadku postać nie sprawia wrażenie kalki jeden do jednego, jak to ma się z Riggsem Crawforda. W każdym razie, nawet dało się między nimi wyczuć chemię, potrafiliśmy też przejąć się parszywym stanem i losem Riggsa po śmierci żony i pośmiać z przerażenia Murtough wyczynami partnera, ale to już wszystko, co było dobre. Nie za dobra była zaś przeciętna intryga w pilotowym przecież epizodzie i zbytni pośpiech z zawiązaniem przyjaźni między bohaterami – pod koniec są już prawdziwymi kumplami, podczas gdy z tego wątku można było wycisnąć znacznie więcej.

Porywając się na taki projekt wiadomym jest, że twórcy (i to mając na pokładzie samego Shane’a Blacka) nie unikną porównań z pierwowzorem. I być może, gdyby bohaterom zmienić nazwiska, serialowi tytuł i ciut zmodyfikować fabułę, można byłoby nawet pokusić się o nieco wyższą ocenę – ot taki paradoks. No ale nie ma zmiłuj, mamy do czynienia z serialową wersją „Zabójczej Broni”, czyli idealnym chłopcem do bicia dla filmowych krytyków. Ale bił nie będę, nie będę się wyżywał. Bo jak najlepiej skwitować telewizyjne „Lethal Weapon”? Wzruszeniem ramion. Można obejrzeć, jeśli nie ma akurat czegoś innego pod bokiem, uśmiechnąć się parę razy (albo skrzywić) i najzwyczajniej w świecie zapomnieć. Choć jestem pewien, że niektórych fanów „Zabójczej broni” ów serial mocno zaboli i nie zobaczą w nim niczego więcej niż targanie świętości. Prawdą jest też, że w dobie wielu znakomitych, oryginalnych telewizyjnych produkcji, „Lethal Weapon” to nic innego jak krok w tył. Choć zawsze istnieje jakieś wytłumaczenie dla tego typu projektów (tylko czemu coraz częściej stojący za nimi fachowcy zaliczają wtopy?). Ot, choćby takie, że przecież trzeba czymś wypełnić ramówkę. Najlepiej tym, co widzowie lubią i dobrze znają, tylko w trochę zmienionym opakowaniu. I może coś z tego wyjdzie. Ano właśnie, może…

 

SQN
Poprzedni

Roman Kostrzewski, Głos z Ciemności - z szacunkiem, bo się może skończyć źle [recenzja]

clovis_lafay_magiczne_akta_scotland_yardu-sine_qua_non-cov
Następny

Clovis La Fay#1 Magiczne akta Scotland Yardu - zachodnia jakość polskiej fantastyki [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz