SERIALE 

Limitless – procedural z pazurem [recenzja]

Kilka lat temu film „Jestem Bogiem” był dla wielu kinowych widzów bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Chyba nikt nie przypuszczał, że z tej sprawnie poruszającej się w obszarze problemów współczesnego świata i osiągnięć nauki opowieści może powstać serial. I oto taki mamy. Nawet całkiem niezły.

„Limitless” w serialowym wydaniu staje się krzyżówką dwóch pamiętnych seriali – „Chucka” i „Dr House’a”.

Jeśli pamiętacie film, to dobrze wiecie, że jego główny bohater koniec końców wyszedł cało z  szeregu opresji. Zresztą jak miałby nie wyjść, skoro znalazł (ciekawe tylko czemu tak późno?) remedium na straszliwe skutki uboczne NZT, czyli jedynego w swoim rodzaju narkotyku, który sprawia, że dla zażywającej go osoby nie ma praktycznie intelektualnych granic. Dzięki NZT każdy może przemienić się w geniusza. Trochę przez przypadek, dostęp do narkotyku zdobywa główny bohater nowego serialu stacji CBS.  W filmie mieliśmy niespełnionego pisarza, z kolei w telewizyjnej produkcji mamy do czynienia z cienko przędącym muzykiem, który by jakoś funkcjonować w normalnym życiu musi chwytać się dorywczych prac. Wszystko oczywiście zmienia się z dniem, kiedy po raz pierwszy zażywa NZT, od razu wplątując się przy tym w kryminalną intrygę. Tak jak w filmie, z szarego człowieczka zmienia się nagle w błyskotliwego, czarującego urokiem osobistym specjalistę we wszystkich dziedzinach. W alfę i omegę w jednym.

No dobrze, kiedyś był to materiał na pełnometrażowy film. Ale jak to ma się do wieloodcinkowej produkcji? Ktoś oglądał kiedyś „Chucka”? Bo „House’a” znają pewnie wszyscy.”Limitless” w serialowym wydaniu staje się krzyżówką właśnie tych dwóch, pamiętnych produkcji. Czyli znowu twórcom nie udało się wymyślić nic oryginalnego. Nie mogę być jednak zbyt surowy dla nowego serialu, bo jak na razie świetnie się go ogląda. Z jakich powodów?

Po pierwsze bohater. Nikt, ot zwykły, szary człowiek. Dosyć często gada do nas z ekranu i bardzo szybko nawiązuje się między nim a widzem nić sympatii. Brian Finch ma poczucie humoru, dba o rodziców, co prawda nie wyszło mu w życiu, tak jak wielu z nas zresztą, ale właśnie teraz odbija sobie wszelkie niepowodzenia, stając się naprawdę kimś. Kto by tak nie chciał, prawda? Na dodatek występujący w głównej roli Jake McDorman gra bardzo przekonująco. Taki brat-łata, dobry kumpel, na pewno żaden bubek – nie na darmo przywołałem wcześniej przykład „Chucka” i jego pamiętnego, tytułowego bohatera. A co łączy bohatera „Limitless”  z doktorem House’m? No tak, bo po drugie, Brian Finch przemieniając się z pomocą NZT w geniusza, będzie rozwiązywał zagadki. Za nami już ta z drugiego epizodu, dosyć skomplikowana, nieźle zakręcona i mocno przypominająca sprawy, którymi zajmował się właśnie genialny i arogancki doktor. W jaki sposób muzyk wpakował się w tę konkretną sytuację nie będę zdradzał, by nie psuć przyjemności potencjalnym widzom. W każdym razie jest jeszcze kilka powodów, dla których „Limitless” ogląda się z przyjemnością i zaciekawieniem.

W serialu kontynuowane są bowiem wątki z kinowego pierwowzoru, mamy tu nawet gościnne występy Bradleya Coopera jako senatora Morry. W głównej kobiecej roli oglądamy Jennifer Carpenter, czyli pamiętną siostrę pewnego sympatycznego, seryjnego zabójcy. Co prawda, jej postać nie będzie tu rzucać mięchem jak w serialu stacji Showtime, bo „Limitless” to przecież produkt publicznej telewizji, ale Jennifer Carpenter po prostu ma w sobie coś magnetycznego i naprawdę fajnie się ją tu ogląda, nawet gdy nie ma możliwości kląć jak szewc. Oba epizody były też znakomicie zmontowane, pełne formalnych, inteligentnych zabaw, które ładnie komponują się z nabytymi przez bohatera zdolnościami. Czy mam coś do zarzucenia, oprócz wspomnianego wyżej braku oryginalności, który z nawiązką rekompensują wszystkie wyliczone zalety? Raczej nie. Boję się tylko, czy twórcom starczy inwencji na cały sezon, czy rozwiązywane przez bohatera sprawy nie zaczną w pewnym momencie nużyć. Jeśli nic takiego się nie wydarzy, to będziemy mieli wreszcie naprawdę bardzo dobry procedural, który da się oglądać bez poczucia straty czasu.

Geffen
Poprzedni

Album-widmo, czyli płyty wiecznie w drodze

thewalksmall
Następny

The Walk. Sięgając chmur - Spacer między wieżami [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz