SERIALE 

Lucyfer – Żenująca adaptacja komiksu [recenzja] [serial] [fantasy]

Czarujący i zabawny jak Richard Castle? Uroczy i przekonujący jak mentalista Patrick Jane? Seksowny i kąśliwy jak… Ech, wystarczy. Twórcy pilota „Lucyfera” powinni smażyć się w Piekle, bowiem Gwiazda Zaranna w ich wykonaniu to jakiś sypiący sucharami gnojek i bawidamek w jednym, który zamiast realizować na Ziemi epicko-szatański plan, będzie najprawdopodobniej pomagał w policyjnych śledztwach.

Telewizyjni twórcy w ostatnich latach bardzo chętnie sięgają po komiksowe fabuły. I to nie tylko te z superbohaterami. Największym sukcesem okazała się adaptacja „Walking Dead” Roberta Kirkmana, nieźle radzi sobie  „IZombie”, ale są też porażki w postaci skasowanego „Constantine’a”, którego mimo rewelacyjnego odtwórcy tytułowej roli, nie oglądała wystarczająca liczba widzów. „Lucyfer” ma duże szanse na powtórzenie przypadku „Constantine’a”, choć wydaje się, że serial z takim bohaterem powinien być skazany na sukces. Wszystko zależy od tego, jak zareagują widzowie na wywrócony do góry nogami koncept z komiksu. Szkopuł w tym, że większość widzów zapewne nie zna komiksowego pierwowzoru i dla nich ta serialowa wersja Lucyfera może być nawet strawna. Dla tych, którzy znają postać Gwiazdy Zarannej z komiksów Gaimana i Careya, pilot serialu stacji Fox to porażająca profanacja.

Dla tych, którzy znają postać Gwiazdy Zarannej z komiksów Gaimana i Careya, pilot serialu stacji Fox to porażająca profanacja.

Przypomnijmy. Lucyfer pojawił się najpierw w „Sandmanie” Neila Gaimana. W finale znakomitej „Pory mgieł” opuszczał w wyniku złożonej intrygi będące jego dominium Piekło. Następnie zadomowił się w Los Angeles, otworzył nocny klub o nazwie „Lux”, na którym okazjonalnie grał na pianinie – a wszystko to tak naprawdę na własne życzenie. Losy Lucyfera kontynuował w oddzielnej serii scenarzysta Mike Carey. Okazywało się tam, że diabeł nie zrobił tego wszystkiego, bo zwyczajnie nudził się w Piekle. Zrobił to, by po raz kolejny rzucić wyzwanie samemu Stwórcy, co dla całego wszechświata będzie miało kolosalne konsekwencje.

Spójrzmy teraz na serialowego Lucyfera. No tak, po pierwsze to brunet, a nie blondyn, który w komiksie wzorowany był na Davidzie Bowie. Po drugie nie jest wcale zimny, czy wręcz wyniosły w kontaktach, ma za to dosyć prostackie poczucie humoru, stosuje nawet przemoc, a jego jedynym darem wydaje się być umiejętność skłaniania ludzi do wyznań. Po trzecie, tak jak w komiksie prowadzi nocny klub „Lux”, a jego obecność na Ziemi wyjaśniona jest w ten sposób, że po prostu wziął sobie urlop od obowiązków w Piekle. Po czwarte – ponoć ma przyrodzenie, o którym bez kompleksów wyraża sie, że jest „average”. Boże w niebiesiech, dopomóż!  Czy  tak ma wyglądać Upadły Anioł? Czy ciekawszą postacią od Lucyfera ma być tu atrakcyjna policjantka, starająca się uciec do kompromitującej, filmowej przeszłości? Czy jedyne, co w tym serialu dobre, to muzyka?

Komisowy Lucyfer był zimny, elegancki i wyniosły. Prowadził swoje rozgrywki z prawdziwie szatańskim wyrachowaniem, jego środkiem przemocy był intelekt, a ludzi w swych grach miał za pionki. Lucyfer był prawdziwym sukinsynem i zarazem jednostką pragnącą wolności i ucieczki przed zależnością od Boga. A właśnie – przede wszystkim był na swój sposób postacią tragiczną. Cóż, serialowy Lucyfer też jest postacią tragiczną, ale w nieco innym znaczeniu tego słowa. W pilocie pomaga dzielnej policjantce rozwikłać pewną kryminalną, wypraną z oryginalności zagadkę. I to wszystko. Jest co prawda, podobnie jak w „Constantinie” Murzyn w roli anioła (czyżby jakiś nowy trend?), ale ów wątek nie wnosi do fabuły żadnego ożywienia. Choć może niepotrzebnie się zaperzam, bo widząc bardzo wysokie  oceny pilota w serwisie imdb, jestem pewnie w swoich odczuciach osamotniony. Widocznie amerykańscy widzowie potrzebują takiego płaskiego, „average” antybohatera, który byłby dobrym kumplem na nocną imprezę. No błagam, pomyślmy chwilę. Lucyfer kumplem?

Egmont
Poprzedni

Star Wars Legendy: Cienie Imperium - wypełnienie białych plam kanonu [recenzja] [komiks]

Scream Comics
Następny

Sanktuarium #1: USS Nebraska - Tam gdzie sci fi spotyka horror [recenzja] [komiks]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

11 Comments

  1. eustachy
    2016-01-02 at 17:05 — Odpowiedz

    żenujący to jest autor tej recenzji, a serial jest świetny z humorem

    • Anonim
      2016-01-16 at 13:50 — Odpowiedz

      Święta racja Eustachy

  2. Path
    2016-01-16 at 13:40 — Odpowiedz

    Może jest świetny, sama jestem nim oczarowana, ale nie zmienia to faktu, że po pierwszym odcinku nie mam zbyt wielu porównań do tego genialnego komiksu. Pozostaje czekać na ciąg dalszy…

  3. agrafek
    2016-01-26 at 10:33 — Odpowiedz

    No cóż, Forever się nie przyjął a Castle się wyczerpuje – trzeba więc zacząć nowy serial o dziarskim przystojniaku pracującym z dzielną panią detektyw.
    Serial ma wszelkie szanse na odniesienie sukcesu. jest skrojony pod widownię kobiecą. Blogerki (także w Polsce) wyraziły zachwyt gdy tylko zobaczyły jak wygląda główny bohater.
    Gdyby trzymali się komiksu mieliby o wiele niższą widownię.

  4. Lorapi
    2016-02-03 at 09:10 — Odpowiedz

    Zgadzam się w 100%
    To, co twórcy tego serialu zrobili z Lucyferem woła o pomstę zarówno do nieba jak i do piekła.

  5. Ave
    2016-03-04 at 19:11 — Odpowiedz

    Cóż, nie czytałam komiksu więc nie wiem, jak to było – planuję zacząć czytać dzięki temu serialowi. Co do recenzji mam mieszane uczucie… gościu, właśnie naraziłeś się sporej rzeszy fanów serialu 😉 Sama, kiedy zobaczyłam tytuł i wycinek tego artykułu w google, wściekłam się… „Jak on śmie?!” Ta, a i tak kliknęłam, przeczytałam i zmieniłam punkt widzenia. To znaczy… nie do końca, bo serial i tak uważam za świetny, ale rozumiem oburzenie. Bo „Jak mogli tak wszystko zmienić?!” Sentymenty, te sprawy… ale spójrzmy na – dobra, może to nie do końca dobry przykład, ale co tam – Hannibala. Przeczytałam wszystkie książki, obejrzałam filmy, a i tak – wbrew ogółowi – za najlepszą ekranizację uważam właśnie serial, choć z ogólną fabułą książek miał raczej niewiele wspólnego. Domyślny romans głównych bohaterów, mieszanie faktów, zmienianie… wszystkiego. Ale to było świetne, i nadal ubolewam nad tym, że skończyli go na trzecim sezonie, choć zaplanowanych było osiem.
    Ale do czego tu zmieniam? Otóż, że odstępowanie od źródła pomysłu wcale nie musi być takie złe i okropne… hej, telewizja to ne komiks, rządzi się innymi zasadami. Lubi się „potwory”, ale twórcy czują się na siłach, aby czarnym charakterom dawać – często nawet wpychać, choć nie trzeba – cech pozytywnych. I takim to sposobem Lucyfer zaczął łapać przestępców. Moda jest na „niegrzecznych chłopców”.

    Mam wrażenie, że cały ten tekst zboczył z mojego początkowego zamysłu, ale co tam… i tak opublikuję, a co z nim zrobicie, wasza sprawa. Chciałabym tylko, abyś w swoich przyszłych recenzjach uwzględniał więcej niż jeden wariant 😉

  6. Barteg
    2016-03-11 at 12:42 — Odpowiedz

    Ci wszyscy, którzy zachwycają się serialem i nie rozumieją oburzenia: shut up. just shut up.
    Nawet gdyby serial nie bazował na komiksie, byłby koszmarem rodem z hollywood – beznadziejna fabuła, gra aktorska , kostiumy i miny rodem z seriali dla dorastających nastolatek.
    A jeśli bierze się pod uwagę pierwowzór, to należy wysłać Nergala, by publicznie podarł scenariusz tego czegoś.

  7. Krzysiek
    2016-05-21 at 08:29 — Odpowiedz

    Żenada to naprawdę pisać coś takiego… autor recenzji to pewnie zagorzały PIS-owiec … to jest po prostu dobra komedia i z serialu i z autora tego żenującego opisu który tutaj zamieszczono.

  8. Mi
    2016-07-20 at 23:52 — Odpowiedz

    Niestety, racja jest po stronie autora recenzji, napalałam się na ten serial jak choinka na święta, a wyszła kompletna kaszana. Wystarczyło tylko wziąć genialną fabułę komiksu i przełożyć ją na ekran, nic więcej, a spartaczyli w każdym calu. Nie zostało nic, absolutnie nic z głębokiego i fascynującego pierwszego tomu komiksu, nie ma tej nuty diabelskiej melancholii, postaci są płaskie, fabuła kuleje, a powtarzalne zachowania głównych bohaterów zaczęły mierzić po kilku odcinkach. Dotrwałam w nadziei na przełom do końca sezonu i nie będę więcej oglądać.

  9. Derpina
    2016-08-27 at 19:23 — Odpowiedz

    Zgadzam się z recenzentem. Komiksowy Lucyfer czerpał pełnymi garściami z wierzeń i mitologii z całego świata i był zdecydowanie bardziej złożony fabularnie. Owszem jako postać był zimny i wyrachowany, ale miał w sobie coś takiego co przyciągało bez potrzeby wspominania co 5min o swoim przyrodzeniu i seksie :/ kolejna świetna seria komiksowa, która została potraktowana przez telewizję po macoszemu. I czemu do cholery nie jest blondynem ?!

  10. Matras
    2016-11-10 at 01:33 — Odpowiedz

    Zgadzam się w pełni, komiks jest o wiele lepszy pod każdym możliwym względem. Lepsze postacie, fabuła głębia przekazu itd. ale…

    No właśnie ale bardzo nie podoba mi się takie plucie na osoby, którym podoba się serial. Nie wszyscy są i muszą być fanami komiksów. Nie wszyscy oczekują od serialu więcej niż tylko fekalno-seksualnych dowcipów okraszonych jakąś zagadką i zrozumiałą fabułą. Dodatkowo z mojego doświadczenia wynika, że każdy potrzebuje niekiedy rozrywki, bez drugiego dna. Sam pomysł „diabła na luzie” nie jest wcale głupi, zaś diabeł targany zwierzęcym pożądaniem to pomysł ZNACZNIE starszy niż ten komiksowy zimny pan piekieł… Dlaczego czerpano i inspirowano się komiksem, zamiast stworzyć postać i historie na nowo? To jest jedyne pytanie, na które są według mnie racjonalne odpowiedzi. Pierwsza to pieniądze, zarówno dla twórców serialu jak i komiksu, druga to zwykły ludzki szacunek do cudzej pracy… Pomysłodawca serialu prawdopodobnie znał komiks, uznał że motyw jest bardzo dobry, ale on zrobiłby to inaczej. Dlatego zamiast zerżnąć koncept pod innym sztandarem, uczciwie podszedł do sprawy, wybrał to co uznał za pasujące do koncepcji a resztę zrobił według własnego pomysłu, pozostając pod sztandarem inspiracji tego, czym faktycznie był zainspirowany. To jacy są widzowie, którym podoba się serial wymagałoby chyba jednak więcej niż obejrzenia odcinka i obrażenia się na to, że nie jest to taka sama historia jaką już znamy… Dlatego z całym szacunkiem, więcej szacunku do innych ludzi i mniej „to ja jestem mądry i wszystko co mi się nie podoba jest dobre dla motłochu i tępej amerykańskiej widowni”, bo takie podejście jest, moim zdaniem, strasznie słabe.

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz