SERIALE 

Luke Cage – superbohater z Harlemu [recenzja]

Netflix po raz kolejny w tym roku zapewnił widzom emocjonujący weekend. „Luke Cage”, podobnie jak wcześniej „Daredevil” i „Jessica Jones” pokazuje, jak należy robić seriale o superbohaterach.

Nowy Jork, Harlem. Wyprowadziliśmy się zatem na jakiś czas z Hell’s Kitchen, ale to dobrze, bo przy rozbudowie tego małego, netfliksowo-marvelovego uniwersum przyda się trochę szerszego spojrzenia. Choć tak naprawdę Harlem niewiele różni się od dzielnicy Daredevila. Są tu gangsterzy mniejszego i większego kalibru, skorumpowani politycy i policjanci, telewizja szukająca sensacji, uliczne cwaniaczki i na końcu dopiero sól tej ziemi, czyli zwykli ludzie. Niektórym udało przejść się przemianę – podstarzały Pop’e z dawnego gangstera stał się podporą społeczności, choć jego obecny zawód fryzjera zbytnio się z taką rolą nie kojarzy. Ale to właśnie on stara się wspierać młodych mieszkańców dzielnicy i pokazywać im właściwą ścieżkę, a jego zakład to dodatkowo teren uznawany w Harlemie za neutralny.

Pop to także krewny Revy, zmarłej żony Luke’a Cage’a. To właśnie u niego na długie miesiące zadekował się tytułowy bohater, który po dramatycznych wydarzeniach z „Jessici Jones” nie tylko stracił kontakt z pyskatą panią detektyw, ale najwyraźniej postanowił zniknąć z pola widzenia. Pracuje jako sprzątacz u Pop’e, a wieczorami dorabia jako pomywacz w klubie „Harlem’s Paradise”. Długo rzecz jasna nie popracuje, bo ponura rzeczywistość Harlemu upomni się nagle o nowego bohatera, czy też, biorąc pod uwagę zdolności Cage’a – o superbohatera. Tyle że, ani za jednego, ani tym bardziej za drugiego Luke wcale się nie uważa.

„Luke Cage” to zatem nie tylko jakaś opowiastka o walce superbohatera z lokalną gangsterką, ale fascynujący obraz kipiącego, ludzkiego tygla, zaprezentowanego na tle absolutnie rewelacyjnej ścieżki dźwiękowej.

Jakiż szczątkowy wydaje się powyższy opis w obliczu wielu postaci, szczegółów i odniesień, którymi przepełniona jest nowa produkcja Netflixa! Te ostanie, czyli odniesienia, nie dotyczą jedynie komiksów (a trafiają się wśród nich wyjątkowe smaczki, jak ten z he, he – tiarą superbohatera), ale dziedzictwa które czarnoskórzy mieszkańcy Nowego Jorku wnieśli do historii i kultury Ameryki. Pogaduszki o koszykówce i pisarzach w zakładzie fryzjerskim mające z pozoru posmak small talk wcale nie są nimi jedynie, tylko tworzą jakże wyrazistą podbudowę pod fabułę serialu o czarnoskórym herosie. Twórcy odnoszą się przy tym nie tylko do przeszłości, ale także odważnie do teraźniejszości, próbując uchwycić ów stan gorączki, która ogarnia kolorową społeczność USA po każdym z wydarzeń, kiedy to ginie w konfrontacji z policją czarnoskóry obywatel. A przy tym uciekają od ideologicznych podziałów i nie idealizują odgórnie całej społeczności – bo przecież wśród nich, tak jak zresztą wszędzie, trafiają się ludzie o złotych sercach i zimnokrwiste sukinsyny. „Luke Cage” to zatem nie tylko jakaś opowiastka o walce superbohatera z lokalną gangsterką, ale fascynujący obraz kipiącego, ludzkiego tygla, zaprezentowanego na tle absolutnie rewelacyjnej ścieżki dźwiękowej (podobne doświadczenie mogliśmy przeżyć ostatnio przy okazji „The Get Down”) i  przy okazji określany już jako neo-blaxploitation. Ale to wciąż tylko fragment złożonej całości serialu Netflixa.

Pierwsza połowa, pierwsze sześć odcinków serialu nie zapowiada jeszcze tak złożonego obrazu, wydaje się że mamy do czynienia z prostą, kryminalno-sensacyjną historią, a sam Luke poradzi sobie z sytuacją bez większych komplikacji. Poznajemy jego przeciwnika – właściciela klubu Harlem’s Paradise, Cornela „Cottonmouth’a” Stokes’a, gangstera o duszy muzyka i jakoś ów złoczyńca przy fascynujących Kingpinie i Kilgravie wydaje się być mało wyrazisty i nie tak niebezpieczny, choć przecież świetnie zagrany przez Mahershala Ali. Potem jednak następuje zwrot akcji jakiego nikt by się raczej nie spodziewał i zaczyna się tworzyć niezwykła, mroczna układanka, w której pobrzmiewają nawet biblijne echa. Ale dzieje się jeszcze więcej. Oto, podobnie jak w „Jessice Jones”, główny ciężar fabularny biorą na siebie kobiece bohaterki, charyzmą odtwarzających je aktorek przyćmiewając kolegów z planu.

Trzy panie – powracająca w każdym superbohaterskim serialu i mająca tym razem więcej niż zwykle czasu ekranowego Rosario Dawson w roli pielęgniarki Claire, ale przede wszystkim Simone Missick jako dobrze znana komiksów Marvela, twarda detektyw Misty Knight oraz Alfre Woodard jako starsza kuzynka Cottonmouth’a parająca się miejscową polityką, zasługują na najwyższe uznanie za zaprezentowanie tak pełnokrwistych, kobiecych postaci. Na ich tle Luke Cage i odtwarzający go Mike Colter wydaje się bohaterem raczej mało skomplikowanym i nawet dość prostolinijnym (choć nie znaczy to, że nie inteligentnym) – bo najzwyczajniej w świecie takie ów aktor miał zadanie.

Rola kuloodpornego Cage’a dysponującego siła tarana wymagała przede wszystkim położenia nacisku na fizyczne atrybuty i z tego Colter wywiązał się bardzo dobrze, psychologiczne aspekty odsuwając trochę na bok, występując tu jako rodzący się mit i symbol w jednym. Ciekawie wypadł również śliski jak wąż Theo Rossi w roli Shade’a, dawnego oprawcy Cage’a z więzienia Seagate (tak, dobra wiadomość, w jednym z odcinków dostajemy także robiący mocny origin czarnoskórego superbohatera), natomiast nieobecnego w pierwszej połowie Diamondback’a najlepiej zobaczyć i samemu ocenić – to chyba najbardziej komiksowa (i dobrze!), a nawet wracając do wzmianki powyżej, komiksowo-biblijna postać serialu – bo przecież, bądź co bądź, mamy do czynienia z komiksową ekranizacją, prawda?

Tak, „Luke Cage” to serial oparty na komiksach, opowiadający o komiksowym superbohaterze. Tyle że nastały takie czasy, że seriale komiksowe zaczął tworzyć Netflix i nagle wyszła z tego zupełnie nowa jakość. Uniwersum DC dziergane przez stację CW przy produktach Netflixa zakrawa na śmieszność, a nawet powiedzmy więcej, tegoroczne kinowe ekranizacje zarówno od strony Marvela i DC nie za bardzo mogą równać się z „Daredevilem” czy „Lukiem Cage’m”. Na pewno niektórzy widzowie będą kręcić nosem i twierdzić, że produkcje Netflixa są zbyt mroczne, z dłużyznami, mało komiksowe, mało barwne, a może nawet – o słodki paradoksie – mało głupie. Prawda jest taka, że w tych serialach twórcy nie muszą iść na kompromisy, a przynajmniej odbiorca nie ma przy nich odczucia, że za wszelką cenę starano się zadowolić każdy (a może pewien?) rodzaj widza. Wiem jedno – w piękny (tak, po prostu piękny) sposób nobilitują często pogardzaną dziedzinę sztuki, jaką są stanowiące ich źródło historie obrazkowe, które wciąż wielu znawców kultury traktuje w całości jako popkulturową papkę, jako zwykłe gówno. Tak proszę państwa, oto „Luke Cage”. Oto jak gówno okazało się być złotem.

 

 

 

 

cyann
Poprzedni

Cyann t.1 - oryginalna wizja science-fiction [recenzja]

ponura dryzyna miecz polnocy
Następny

Ponura drużyna #2: Miecz północy - syndrom drugiego tomu [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz