SERIALE 

Marco Polo sezon 2 – powrót w dobrym stylu [recenzja]

Mariaż zachodniego spojrzenia i dalekowschodnich klimatów zawsze krył w sobie nieodparty urok. Powstały na nieprzebranych zasobach Netflixa „Marco Polo” w drugim sezonie wykorzystuje potencjał tego klimatu do maksimum.
„Marco Polo” to historia awanturniczego marzyciela, zawadiaki, który dojrzewa do tego, by przetrwać pomiędzy wilkami, w obcym świecie, który mógłby stać się jego własnym, gdyby nie coraz wredniejsze okoliczności. 

Seriale nawiązujące do historii przeżywają obecnie renesans popularności. Dzięki „Wikingom” grzebanie w przeszłości znów stało się modne, a nawet wpłynęło na image niektórych widzów (podczas dzisiejszej wycieczki do sklepu naliczyłem trzech Ragnarów Lothbroków i przynajmniej jednego Rollo, ale to akurat mogło być przypadkowe podobieństwo). „Marco Polo” może i nie wpływa w takim stopniu na trendy panujące na wybiegu, ale niewątpliwie dotrzymuje pola dzielnym zdobywcom z History Channel.

Przy tym serial o przygodach słynnego podróżnika ani przez chwilę nie zwodzi widzów. Już pierwszy trailer, jaki obiegł sieć, mówił wprost – historię traktujemy tu pretekstowo, liczy się przede wszystkim opowieść. Opowieść o niepoprawnym marzycielu wrzuconym w tryby spraw większych niż życie, co podkreślało już lecące w zwiastunie „Arsonist’s Lullabye” Hoziera. I drugi sezon kontynuuje ten trend.

Chan Kubilaj z pomocą pomysłu podsuniętego przez Marco Polo dopiął swego. Podbił Chiny i zasiadł na tronie. Zmiażdżył wroga, zatańczył na jego grobie i rozpoczął rozbudowę imperium z myślą o dalszych podbojach. Wielkie zwycięstwo okazało się jednak tylko początkiem problemów. Tym razem w bohaterów lawinowo uderzą zagrożenia wewnętrzne i rozterki osobiste, które gromadziły się niczym czarne chmury w poprzednim sezonie. Wiele związków i sojuszy zostanie zakwestionowanych, poleje się krew i dojdzie do niejednego dramatu.

Przez drugą serię przebija zdecydowanie więcej mroku, co widać zwłaszcza po tym, jak zmieniły się wiodące postaci serii. Chanem i jego otoczeniem targa coraz większy niepokój, zapowiedziany pod koniec poprzedniego sezonu zdrajca powoli wdraża swój plan. I sam Marco Polo powoli wychodzi z roli chłopca o maślanych oczach i zmierza w stronę ubrudzonego życiem zawadiaki, który dla swego przybranego ojca zrobi wiele. Ciekawie rozwija się też kilka pobocznych wątków, zaś historia księżniczki Kokachin zyskuje zaskakujące rozwinięcie.

O ile początek jest spokojną rozbiegówką, o tyle od drugiego odcinka nikt nie bierze jeńców. Zaraz rozgorzeje walka o władzę, w której wszystkie strony będą próbowały zachować chociaż pozory przyzwoitości, ale nie pozwoli im na to wąż skryty pośród przyjaciół.

Opowieść toczy się tutaj przyjemnym rytmem i rozkręca zgodnie z wszelkimi prawidłami. Intrygi, romanse i walka nakręcają akcję i mimo paru potknięć pędzą do mocnego finału. Te drobne rysy odrobinę wybijają z nurtu, ale tylko na chwilę. Zdarzyło się kilka zbyt gwałtownych przeskoków fabularnych i męczy trochę świadomość nieuchronności wydarzeń związanych ze zdradą postaci, którą zapowiedziano w finale poprzedniego sezonu. Chwilami wydaje się też, że nasi ulubieńcy zbyt łatwo wychodzą z opresji, ale to akurat tylko pozory – każde przejście zostawia coraz głębsze rany na bohaterach i mota potencjalnie skomplikowaną intrygę, która wybuchnie w następnej serii. Generalnie jednak fabuła trzyma fason, wciąga jak odkurzacz i łapie za gardło, a Marco, Chanowi i reszcie ferajny po prostu przyjemnie się kibicuje, nawet mimo coraz trudniejszych i okrutniejszych decyzji, przed jakimi stają. Jednocześnie nakręca to i tak intensywną relację ojciec-syn, jaka powstała między wielkim władcą, a słynnym odkrywcą. Tym razem do pewnego etapu kryje się to między pozostałymi wątkami, ale mniej więcej od połowy sezonu zyskuje większą dynamikę niż kiedykolwiek dotąd.

Dobrą robotę robi też egzotyczne tło epoki, w której kultura chińska mieszała się z mongolską. O ile tę pierwszą obserwujemy relatywnie często, o tyle prawdziwą atrakcję stanowi ta druga. Serial z lubością pokazuje zmyślność i praktyczność poddanych Chana, jednocześnie jednak ich nie gloryfikuje. Pokazuje okrucieństwo i zachłanność oraz rozdarcie stepowego ludu.

Serial zachwyca też realizacyjnym rozmachem, muzyką, kostiumami, charakteryzacją, inscenizacją walk, doskonałymi zdjęciami i nastrojowymi plenerami. Nie trzymają się może kurczowo realiów epoki, ale za to serwują sycące oko sekwencje obrazów, które wzbogacają historię o niezapomniane tło.
Jednocześnie twórcy nie zapomnieli o najważniejszym. „Marco Polo” to historia awanturniczego marzyciela, zawadiaki, który dojrzewa do tego, by przetrwać pomiędzy wilkami, w obcym świecie, który mógłby stać się jego własnym, gdyby nie coraz wredniejsze okoliczności.

Serial utrzymał bardzo wysoki poziom z poprzedniego sezonu, dorzucając więcej mroku, czającego się gdzieś na obrzeżach pięknych, dzikich plenerów i w zakamarkach wielkich pałaców. Jedyne, czego naprawdę żałuję, to faktu, że Marco Polo nie jest u nas tak popularne jak na przykład „Wikingowie”. Ale może to się w końcu zmieni.

Mankind divided
Poprzedni

Najciekawsze gry cyberpunkowe [ranking]

J.P. Fantastica
Następny

Miłosne cierpienia umarłych - łagodniejsza twarz Junjiego ito [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz