SERIALE 

Marseille – nuda, sztampa i trochę golizny [recenzja]

W „Marseille” może i jest ciekawa historia, pełna politycznych zagrywek i bezpruderyjnego seksu, ale zawodzi tu przede wszystkim sama realizacja.
W „Marseille” Francuzi koncertowo położyli fabułę plus sposób jej realizacji, a wniosek z tego przede wszystkim taki, że muszą jeszcze dużo nauczyć się od swych amerykańskich lub brytyjskich kolegów po fachu.

Brudna polityka, Netflix, Francuzi, Gerard Depardieu w głównej roli – te wszystkie elementy sprawiały, że na „Marseille” czekało się z zainteresowaniem. Z Francji do powszechnego obiegu przebija się niewiele telewizyjnych produkcji, ostatnio głośno było o „Wersalu” (ale to koprodukcja) i „Les Revenants” (z którego Amerykanie zrobili własną wersję). W zasadzie nie wiadomo było, czego się konkretnie spodziewać po „Marsylii” i kiedy kilka dni temu Netflix swoim zwyczajem udostępnił od razu cały sezon serialu, szybko wyszło na jaw, że nie było zbytnio na co czekać. Francuzi koncertowo położyli fabułę plus sposób jej realizacji, a wniosek z tego przede wszystkim taki, że jeszcze muszą dużo nauczyć się od swych amerykańskich lub brytyjskich kolegów po fachu.

Treść wskazywała na ambitny, polityczno-społeczny fresk z domieszką sensacji i niby wszystko to we francuskim serialu znajdziemy, ale przedstawione w jakiś niemrawy sposób, jakby z poprzedniej epoki serialowej. Oto mamy dwóch pierwszoplanowych bohaterów, mera Marsylii w osobie Roberta Taro odtwarzanego przez Gerarda Depardieu i jego wiernego zastępcę, Lucasa Barresa ( w tej roli ciekawszy od starszego kolegi, Benoit Magimel ). Razem, pod koniec kadencji mera chcą przeforsować nowy plan rozwoju dla miejscowego portu, wraz ze stworzeniem na jego brzegach kasyna. Szybko okazuje się, że przeciwko temu jest lokalna mafia, która boi się utraty wpływów i zrobi wszystko, by temu zapobiec. Na koniec pierwszego epizodu dostajemy ponadto niespodziewany twist, który z dwóch głównych bohaterów uczyni nagle rywali i będzie miał za zadanie stać się siłą napędową fabuły. Cóż, te zadanie nie zostało satysfakcjonująco zrealizowane, ponieważ siła napędowa działa niestety słabiutko, a tym samym poziom dramaturgii niebezpiecznie zbliża się do zera. I to nawet pomimo wrzucenia do fabuły kolejnych twistów, nota bene możliwych do wcześniejszego wychwycenia przez uważnego widza.

Wydaje się, że robiąc ów serial, Francuzi postanowili się nie patyczkować i zamierzyli przeskoczyć mistrzów („House of Cards”?), a w efekcie przeskoczyli rekina. Dali brudną politykę, dali podszyty tą polityką seks, miało być i na poważnie, i na ostro, tyle że wyszło to śmiesznie – dlatego jedyną pociechą jest tu oglądanie, jakże chętnie ściągających ciuchy, atrakcyjnych, francuskich aktorek.  Dali mafiosów i kryminalistów, którzy nie potrafią wzbudzić u widza uczucia respektu. Dali też tytuł trzeciego odcinka – „Krokodyl”.  Kiedy wysłuchujemy monologu Depardieu, w którym oświadcza, że tym oto krokodylem, który będzie rozszarpywał swoich rywali jest właśnie on, mimowolnie parskamy śmiechem. Dali ścieżkę dźwiękową, która miała być znacząca,  miała podkreślać powszechną amoralność bohaterów i mroki (obowiązkowo filmowanego z góry) miasta – i znowu jest śmiesznie. A raczej – nie na miejscu. W zasadzie wszystko w tym serialu jest nie na miejscu, byłoby lepiej, gdyby jego twórcy z pokorą naśladowali najlepsze wzorce, tymczasem, czując się pewnie na własnym podwórku i wykorzystując jego atuty, postanowili stworzyć  – we własnym rzecz jasna mniemaniu – nową jakość. Wydaje się, że o tym samym myśleli twórcy polskich seriali z „wyższej półki” w rodzaju „Watahy”, „Paktu„, czy „Zbrodni”. Tworzenia nowej jakości trzeba się najpierw uczyć latami, tyle że u nas wielu filmowców traci ów czas na trzaskanie kolejnych odcinków „Na Wspólnej”, czy  „Barw szczęścia”. To długa i niełatwa droga, wybrukowana niewypałami w rodzaju „Marsylii”, ale może u jej kresu, przyjdzie czas na jakieś serialowe arcydzieło z Polski bądź Francji. Oby, ponieważ naprawdę przykro jest pisać takie recenzje.

Egmont
Poprzedni

Amerykański Wampir tom 6 - Głęboki oddech [recenzja]

Scream Comics
Następny

Fire and Stone #1: Prometeusz - udany powrót na LV-223 [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz