SERIALE 

Marvel’s Jessica Jones – Marvel dla dorosłych [recenzja] [serial]

Dotychczas to ekranizacje komiksów z uniwersum DC były uważane za te bardziej mroczne i poważniejsze. Tegoroczny „Daredevil”, a szczególnie debiutująca kilka dni temu „Jessica Jones”  sprawiły, że w tak pojmowanej rywalizacji Marvel właśnie wyprzedził odwiecznego konkurenta.

Na sam początek wniosek, który nasuwa się samoistnie po obejrzeniu całego sezonu nowego serialu Netflixa. „Jessica Jones” nie przeskoczyła „Daredevila”. A mogła. Tak mniej więcej do ósmego odcinka była na dobrej drodze do uznania jej za najlepszy telewizyjny show będący ekranizacją komiksu. Niestety, trochę przez złe rozłożenie dramaturgicznych akcentów, wypracowana w pierwszych odcinki atmosfera tajemnicy i totalnej paranoi, a później sięgający apogeum pojedynek z Kilgrave’m, który winien rozegrać się na sam koniec, a nie gdzieś w środku serialu, w zestawieniu z tym co przyniosły ostatnie epizody, mocno obniżające sięgające wcześniej zenitu napięcie – to wszystko każe mówić o częściowym zmarnowaniu potencjału całości. To dla części odbiorców oczywista wada „Jessiki Jones”, nie przysłaniająca ogólnego, bardzo pozytywnego wrażenia, na które złożyło się kilka, znakomicie współgrających ze sobą elementów. Tylko czy to na pewno wada, czy raczej świadome poświęcenie intensywności fabuły na rzecz realizmu historii?

No dobrze, ale najpierw może trochę historii. Jessica Jones w porównaniu z kanonicznymi postaciami Marvela to raz, że mniej znana, dwa, zupełnie nowa, bo przedstawiona czytelnikom ledwie na początku tego wieku superbohaterka.  W ogóle w kontekście tego, jak zaprezentowano ją w serialu, określenie „superbohater”, które bez oporów przyjmujemy w zestawieniu ze sztandarowymi postaciami w typie Kapitana Ameryki lub Thora,  jakoś do aroganckiej i popijającej hurtowo whisky Jessiki nie za bardzo pasuje. Co prawda, to samo można by powiedzieć przecież o Tony’m Starku, ale chyba  nikt nie wątpi, że to heros z krwi i kości (no i zbroi). A Jessica Jones? Nawet nie nosi kostiumu. A poza tym, promując serial trzeba dać marvelowski znak towarowy tuż przed jej pospolitym nazwiskiem, żeby ludzie wiedzieli, iż mają do czynienia z postacią z tego właśnie komiksowego uniwersum. No bo ilu fanów tak naprawdę kojarzy Jessicę Jones? Kto to do cholery jest?

Jessica Jones w porównaniu z kanonicznymi postaciami Marvela to raz, że mniej znana, dwa, zupełnie nowa, bo przedstawiona czytelnikom ledwie na początku tego wieku superbohaterka.

Niestety, jednego z najlepszych, superbohaterskich komiksów dwudziestego pierwszego wieku wciąż nie mieliśmy okazji przeczytać po polsku. Twórcą postaci Jessiki jest zasłużony dla komiksowej branży, od lat pracujący w Marvelu scenarzysta, Brian Michael Bendis. Zanim na całego poświęcił się tworzeniu kolejnych wiekich eventów w Domu Pomysłów, Bendis pisał scenariusze kryminalnych komiksów („Goldfish”, „Torso”, „Jinx”).  Później wykorzystał te gatunkowe inspiracje przy tworzeniu dwóch popularnych serii, już z superbohaterami w fabule – chodzi o „Powers” dla Image Comics i „Alias” dla Marvela. I właśnie w „Alias”, komiksie ukazującym się w ramach przeznaczonego dla dorosłego czytelnika imprincie Marvela „Max”, zadebiutowała, jako prywatny detektyw z supermocami i tajemniczą, stopniowo odkrywaną przeszłością, Jessica Jones.

Trzeba przyznać, że mimo znacznych różnic w fabule, serial naprawdę  dobrze oddaje klimat komiksu. Klimat, który można śmiało określić jako anty-superbohaterski. „Jessica Jones” z Netflixa to już naprawdę Marvel dla dorosłych i wcale nie chodzi tu o obecne na ekranie sceny łóżkowe (notabene w jednej z nich łóżko zawala się pod parą zajętych sobą bohaterów). Bardziej chodzi o konsekwentne poprowadzenie niektórych wątków, czy przedstawienie losów poszczególnych postaci, dla których scenarzyści mieli zero litości. „Jessica Jones” to po prostu czarny kryminał zmiksowany z fantastyką. Fantastyką, której tradycyjne motywy podporządkowano tym razem regułom nadrzędnego w tym zestawieniu gatunku. I dlatego, zamiast oglądać kolejną wersję opowieści o mocy i odpowiedzialności, za sprawą których ratuje się  niewinnych, częściej oglądamy jak nadnaturalne moce służą do ich totalnego gnębienia.

Całe show skradł oczywiście David Tennant, jako kontrolujący umysły i mający śmiertelną w skutkach obsesję na punkcie tytułowej bohaterki Kilgrave. Już teraz w krążą w Internecie opinie, że to najlepszy (czytaj: najbardziej przerażający) ekranowo-komiksowy złoczyńca. Kilgrave (w komiksach znany także jako Purple Man) na pewno budzi skojarzenia z Jokerem, szczególnie z tym w wykonaniu Ledgera. Tennant rzeczywiście wysunął się na czele stawki, po prostu miał więcej ekranowego czasu, niż dostałby w filmie fabularnym, ale też jego rola została napisana z żelazną konsekwencją – naprawdę, takiego sukinsyna i to w pewien, skrzywiony sposób budzącego odrobinę sympatii jeszcze nie widzieliście. Przez pierwsze trzy odcinki praktycznie nie ma go na ekranie, ale wpływ jaki wywiera na widzów, fabułę i główną bohaterkę jest przytłaczający. Z kolei Krysten Ritter w roli Jessiki Jones przez długi czas, zwłaszcza w zestawieniu z komiksowym pierwowzorem z „Alias” wydaje się po prostu za ładna i trochę brakuje scen, w której moglibyśmy faktycznie zobaczyć ją totalnie sponiewieraną – tak fizycznie, jak psychicznie. Aktorka na szczęście przekonująco potrafi oddać twardy charakter bohaterki, co widać choćby w samym sposobie poruszania się, w jej nieskomplikowanym ubiorze, czy zgryźliwych, niewymuszonych komentarzach. No i mamy jeszcze dokładkę, w postaci istotnego w uniwersum Marvela herosa, jakim jest czarnoskóry Luke Cage grany przez Mike’a Coltera.  Zresztą Cage, podobnie jak Jessica, w serialu Netflixa w ogóle nie zachowuje się jak przysłowiowy superbohater.

Tu dotykamy istoty serialu. Zastanawiające jest, że włodarze Marvela (należącym bądź co bądź do Disneya) pozwolili na takie, kiedyś zupełnie nie do pomyślenia rzeczy. Kobiety mają więcej ekranowego czasu od mężczyzn i ciekawsze role (z wyjątkiem Kilgrave’a, rzecz jasna). Przez trzynaście odcinków „Jessiki Jones” nie zobaczymy w ogóle superbohatera w kostiumie, za to dość często efektowne sceny śmierci niewinnych ludzi. Nikt tu nie fruwa (Jessica potrafi jedynie bardzo wysoko skakać), ani nie wygłasza patetycznych przemówień. Poszczególnie bohaterowie są tu albo bezradni wobec zła, albo wyrachowani, brakuje pocieszycielskich rozwiązań, a nastrój beznadziei pogłębia mroczna, quasi-jazzowa muzyka. To jest jakiś inny poziom komiksowo-ekranowego uniwersum, bez trykotów, z ponurymi ulicami i szarymi ludźmi, których nie ma kto obronić przed złem. Prawdziwi superbohaterowie są pewnie gdzieś daleko lub wysoko, ratując hurtem całą ludzkość. A Jessica Jones?

Jessica nie jest żadnym superbohaterem. Jest prywatnym detektywem, w dodatku przytłoczonym olbrzymią traumą z przeszłości oraz gorzką, czerpaną z życia i obecnej pracy wiedzą, że nie wszystkich uda się uratować. Superbohaterstwo w jej wykonaniu to powtarzająca się bez końca orka, praca u podstaw, pozostawanie w mroku, zbieranie cięgów – stąd może to uczucie fabularnego rozprężenia w końcówce serialu. Bohaterowie i widzowie są w pewnym momencie niemal śmiertelnie zmęczeni nieustannym wymykaniem się czarnego charakteru. Zmęczeni ciągłym brakiem domknięcia, po części też nudą i powracalnością schematów, które są przecież nieodłączną częścią pracy detektywów. Z tego wszystkiego, podczas oglądania kolejnego i kolejnego odcinka tej najwyraźniej niekończącej się rozgrywki, ogarnia nas rodzaj apatycznego transu. To nic innego, jak manifestacja naszej bezsilności w obliczu tak rozpisanej, zrywającej ze zwyczajowymi standardami fabuły, w której na dodatek wykreowano jedną z najciekawszych, ekranowych personifikacji zła – mimo pozorów, wcale nie absolutnego. Dzięki tym zabiegom twórców możemy w stu procentach wczuć się w sytuację bohaterki i oczekiwać, z utraconą niemal nadzieją na finał tej ścieżki cierpienia, na nieodzowny w komiksowych ekranizacjach happy end. Czy taki następuje? Obejrzyjcie i sami się przekonajcie.

Foto: PAP / Tytus Żmijewski / materiały prasowe
Poprzedni

Śmierć i dziewczyna, czyli pan minister walczy z porno [wiadomości] [teatr]

Jaguar
Następny

Summoner - Księga 1. Początek - Fenomen młodzieżowego fantasy [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz