SERIALE 

Mr. Robot: sezon 2 – schiza przed drugą fazą [recenzja]

Pierwszy sezon „Mr. Robot” znalazł się na szczycie naszego zestawienia najlepszych seriali ubiegłego roku. Czy druga odsłona dzieła Sama Esmaila jest równie dobra jak poprzednia?
Elliot jest oczywiście kluczem do tej opowieści, kto wie, może Elliot jest po prostu wszystkim, a może to wszystko mu się jedynie śni. No właśnie, kto wie?

Podczas emisji drugiego sezonu w sieci można było napotkać sporo krytycznych, jednoznacznych komentarzy typu: nuda, flaki z olejem, przekombinowany, sztuka dla sztuki, rozkręca się dopiero pod koniec i w ogóle WTF? To WTF najlepiej pasuje do natury najbardziej chyba zakręconego serialu ostatnich lat, choć akurat jego zimna, często ascetyczna, czy może powiedzmy – wyrafinowana forma, jakoś nie do końca dobrze współistnieje z konotacjami określenia „zakręcony”. Ale „Mr. Robot” taki właśnie jest – i wyrafinowany, i zakręcony, a przede wszystkim przemyślany w najdrobniejszych szczegółach. I chwała jego twórcom za takie połączenie.

Podczas oglądania drugiego sezonu, przede wszystkim rzuca się w oczy, że twórcy nie mają najmniejszego zamiaru iść na skróty. Nawet więcej – ku rozwiązaniu niektórych zagadek fabularnych podążają bardzo okrężną drogą (stąd dłużyzny, ale za to jakie smakowite!). Tak jest choćby z tajemnicą zniknięcia Tylera Wellicka, byłej szychy z E Corp, który w końcówce pierwszego sezonu zdecydował się na współpracę z Elliotem. Pamiętamy, że nastąpił wreszcie hakerski atak, rewolucja się dokonała, rynki finansowe zadrżały w posadach i zaczęły się walić, a odpowiedzialny za wszystko Elliot obudził się sam w samochodzie Wellica trzy dni po dniu sądu, nie będąc w stanie przypomnieć sobie wcześniejszych wydarzeń. Cóż, cały Elliot. Zresztą kto wie, być może sam Tyler Wellick jest kolejnym wcieleniem głównego bohatera. Nic w tej paranoicznej historii nie wydaje się być przesądzone.

W drugim sezonie obserwujemy między innymi dalsze perypetie Fsociety i tym samym coraz ważniejszą postacią „Mr. Robot” staje się stąpająca po krawędzi Darlene. Z horyzontu nie znika też  rozdarta między pragnieniem robienia kariery, a moralnymi powinnościami Angela Moss (choć po prawdzie chyba jedynie diabeł wie, jakie są jej prawdziwe myśli i intencje) – dzięki jej postaci mamy zapewnioną pokaźną dawkę emocji skumulowanych w przedostatnim epizodzie, w postaci serii surrealistycznych scen rodem z „Miasteczka Twin Peaks”. Poza tym dalej rozwijany jest wątek Dark Army, oglądamy także przepychanki wewnątrz E Corp oraz między dwoma wielkimi państwami, a najbardziej intryguje postać (postacie?) pewnego wpływowego Azjaty (Azjatki?).

Tak naprawdę to dopiero przedsmak tego, co nadejdzie, czyli drugiej fazy planu Elliota (o której on sam oczywiście zapomniał). Fazy, do której, w ogóle nie mając nawet o niej pojęcia, stara się nie dopuścić jedyna rozgarnięta wśród przedstawicieli służb państwowych agentka FBI, Dominique DiPierro. Tak, rola odtwarzającą jej postać Grace Gummer powinna zostać nam w pamięci na dłużej – jako relikt odchodzących czasów, jako archetyp agenta, który w nowym, paranoicznym świecie niewiele ma do powiedzenia, ale wcale nie znaczy to, że nie będzie starał się jak najlepiej wykonywać swojej pracy. Tylko na ile to się zda? O tym oczywiście przekonamy się w trzecim sezonie, w którym doczekamy się kontynuacji urwanych z premedytacją przez twórców, poszczególnych, palących wręcz wątków. Oczekiwanie można umilić sobie oglądając ponownie drugi sezon, do czego skłonić powinien pewien niezwykły myk fabularny, który wręcz zmusza do ponownego prześledzenia przyswojonych już wydarzeń.

Zaraz, a co z samym Elliotem? Elliotem, który przespał dzień sądu, a potem w ostatniej scenie pierwszego sezonu z jego udziałem, usłyszał pukanie do drzwi swojego mieszkania? Elliot w tegorocznej odsłonie „Mr. Robot” to w ogóle osobna sprawa, osobny wątek. Elliot i jego permanentna schiza. Elliot próbujący poradzić sobie ze swoim drugim wcieleniem, Elliot  odsunięty na boczny tor i to z  własnej, nieprzymuszonej woli. Elliot piszący dziennik, oglądający osiedlowe mecze koszykówki i wplątujący się w jakąś gównianą aferę. I jeszcze, na dokładkę, Elliot występujący w kilkunastominutowym sitcomie (swoją drogą formalne cudeńko). Elliot jest oczywiście kluczem do tej opowieści, kto wie, może Elliot jest po prostu wszystkim, a może to wszystko mu się śni. No właśnie, kto wie?

Miejmy nadzieję, że dobrze wie (jaką historię opowiada) twórca serialu, Sam Esmail. Udało mu się coś naprawdę dużego i istotnego. W sposobie filmowej narracji, która przypomina serialowe „Fargo” i w samym pomyśle na fabułę, która jest niczym rozbudowany odcinek brytyjskiego „Black Mirror”, zdołał uchwycić ducha współczesności, wraz z jej najważniejszymi zjawiskami i ideami. To rzadki wyczyn, zazwyczaj taką twórczą świadomość i takie rezultaty można osiągnąć, gdy bierze się pod lupę miniony, przemielony już przez popkulturę okres (przykładowo spojrzenie Baza Luhrmanna na końcówkę lat siedemdziesiątych w „The Get Down”). Natomiast w przypadku mało komu znanego wcześniej Sama Esmaila wygląda to tak, jakby twórca ów rozejrzał się nagle na boki i zobaczył świetny materiał na odjechaną, paranoiczną kronikę współczesności. Współczesności, która podczas oglądania serialu mitologizuje się na naszych oczach. Czy to w ogóle normalne? Może inaczej – czy to normalny i pożądany proces? Czy od czegoś takiego (zaraz, od czego właściwie?), nie można popaść w  schizę? Zwłaszcza, gdy główny bohater co jakiś czas zwraca się z ekranu wprost do nas, a my sami nie jesteśmy pewni realności przedstawianych wydarzeń? Odpowiedź dostaniecie oglądając „Mr. Robot”. Albo pozostaniecie jedynie z pytaniami.

 

 

Kurc
Poprzedni

Druuna t.1: Morbus Gravis. Delta - Serpieri [patronat]

Saban Films
Następny

31 – popkulturowa rzeź piłami mechanicznymi [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz