SERIALE 

Outcast: Opętanie – diabelski odgrzewany kotlet [recenzja]

Gdyby  wierzyć recenzjom,   powinniśmy obcować z najlepszym serialem roku.  Ale tak nie jest. Kolejna po „Walking Dead” telewizyjna adaptacja komiksu Roberta Kirkmana to solidny drugoligowy horror. Oparty konstrukcyjnie na tym samym pomyśle co „The Walking Dead”.

Mój kolega miał kiedyś narzeczoną i pewnego dnia uznała ona iż potrzebuje nadrobić filmowe zaległości. Sięgnęła na półkę po film „Zawód: Reporter”. Po pół godzinie projekcji poprosiła kolegę aby zatrzymał na chwilę, albowiem musi skorzystać z toalety. Ten odparł – spokojnie, idź do łazienki, potem idź do kuchni zaparz sobie herbatę, zapal papierosa, a jak wrócisz to ten wiatrak i tak dalej będzie się kręcił.

Ta anegdotka przypominała mi się gdy wychodziłem z kinowego pokazu pierwszego odcinka „Outcast”. Znajomi dziennikarze w euforii, a ja pierwszy raz w życiu zasnąłem na horrorze w kinie. Chociaż byłem przekonany, że w tym podobno wybitnym odcinku, nic ale to nic wybitnego się nie działo, to fakt iż zasnąłem, budził we mnie pewien niepokój. Może jednak przespałem te genialne sceny? No nic. Kilka dni później FOX przysłał przeglądówki czterech odcinków, obejrzałem ponownie pilota i… Tym razem nie zasnąłem, ale wynudziłem się niemiłosiernie. I okazało się, że nie przespałem żadnej wybitnej sceny, po prostu uśpiły mnie kołyszące się drzewa i inne straszne widoczki, które serwują nam w „Outcast” twórcy. Ale po kolei.

Głównym bohaterem serialu jest Kyle Barnes, człowiek którego prześladuje zło. Kiedyś demon opętał jego matkę, potem to samo przytrafiło się jego żonie. Kyle przeświadczony o tym, że jest przeklęty wycofuje się z życia. Mieszka w dawnym rodzinnym domu, nie utrzymuje z nikim kontaktów. Jedynie siostra próbuje zmuszać go do utrzymywania kontaktów ze społeczeństwem. To jest o tyle trudne, że większość ludzi Kyle’a się boi. Pewnego dnia coś zmusza Kyle’a do wyjścia z ukrycia. Okazuje się bowiem, że demon opętał pewnego chłopca i tylko Kyle będzie w stanie mu pomóc. W walce z siłami zła wspiera naszego bohatera specyficzny, niestroniący od używek pastor.

Problem „Outcast” zaczyna się od sceny otwierającej. Twórcy serialu bowiem powtarzają tu ten sam pomysł, który sprawił, że świat zwrócił uwagę na „The Walking Dead”. Oto mamy długą sekwencję z przemocą wobec dziecka. Tam była co prawda zombie dziewczynka, tu okaleczający się chłopiec. Drobna różnica, ale pomysł ten sam. Podobnie jak efekt. Robić to może wrażenie i robi, ale tylko na ludziach mających bardzo krótką serialową pamięć.

To co dzieje się później w serialu to w zasadzie powtórka konstrukcyjna z „The Walking Dead”. Mamy groźne obrazki, trochę strasznej muzyki i niemiłosiernie długie sekwencje w których bohaterowie mówią. Rozmawiają przy stołach, w samochodach, na ulicach. Cały czas rozmawiają. A żebyśmy nie zapomnieli o złym w okolicy, co kilka minut pojawia się kadr jakiegoś mrocznego drzewa, nieba czy innego demonicznego pejzażu.

Nastrój to buduje – owszem. Ale kiedy dramaturgia narracyjna leży, sam nastrój nie wystarcza. I tak „Outcast” zamiast przerażać, zaczyna nużyć. I niestety wcale nie jest lepiej w kolejnych trzech odcinkach.

Niby poznajemy koleje smutnych losów Kyle’a. Niby dowiadujemy się o istnieniu pewnego złego pana i sprzymierzenia demonów, ale reżyserzy uparli się opowiadać to wszystko w tak niebywale nudny sposób, że owe demony i traumy zamiast budzić lęk i przerażenie powodują senność.

W ogromnej mierze wynika to z faktu, iż Kirkman – specjalista od popkulturowego recyklingu pomysłów – tak naprawdę nie opowiada w „Outcast” żadnej nowej historii. Ot kolejna wariacja na temat opętań i walk z demonami, tym razem z udręczonym bohaterem. Nie ma tu ani zabawnej gry z konwencją, ani łamania schematów. Wszystko opowiedziane jest grzecznie i jeśli można tak określić – po Bożemu.

I chyba dlatego ten serial tak mocno mnie zawiódł. Poza tanimi marketingowymi chwytami,  nie oferuje niczego innego poza ogrzewanym diabelskim kotletem. Smacznym, dobrze przyprawionym, ale jednak drugiej świeżości.

California2
Poprzedni

Kalifornia - stan umysłu

peter robinson
Następny

Peter Robinson – świat jest pełen geniuszy, o których nikt nie słyszał [wywiad]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz