SERIALE 

Preacher 01×01 – przemoc, whisky i Słowo Boże [recenzja]

Skończyło się „Banshee”, zaczął się „Preacher”. Po obejrzeniu pilota nowego serialu stacji AMC można śmiało stwierdzić, że historia o Jesse’m Custerze dostarczy widzom równie mocnych wrażeń, co brutalna opowieść o Lucasie Hoodzie.
Pilot „Preachera” w dużym stopniu zaskakuje, zwłaszcza tych, którzy znają komiksowy pierwowzór.

Nastały takie czasy, że w telewizji (kablowej) można pokazać wszystko. Coraz częściej okazuje się że to „wszystko” było już niegdyś pokazane w komiksach i to bynajmniej nie tych superbohaterskich. Filmowcy zatem nie muszą specjalnie się starać, wystarczy przyjrzeć się uważnie ofercie amerykańskiego komiksu przeznaczonego dla dorosłego czytelnika, by co i rusz trafić na scenariuszową perełkę. „Preacher”, czyli w polskiej wersji „Kaznodzieja” wydawany przez Egmont w poprzedniej dekadzie, to perła nad perły, jeden z najsłynniejszych tytułów imprintu DC Vertigo z szaloną, epicką, ultra-brutalną, na wskroś amerykańską historią napisaną przez młodego wówczas Irlandczyka, wściekłego na świat, Boga i religię. Garth Ennis w „Kaznodziei” wzniósł się na wyżyny talentu i wiadomym było, że prędzej czy później ktoś tę opowieść musi sfilmować. Trochę trzeba było czekać i wreszcie jest! Dzięki zawziętości amerykańskich speców od mocnych komedii, Setha Rogena i Evana Goldberga, „Preacher” wylądował w stacji AMC.

Kilka dni temu dostaliśmy dłuższy fragment serialu, prezentujący jego pierwsze cztery minuty. Zobaczyliśmy najpierw kiczowaty kosmos i tajemnicze zjawisko mknące przez Układ Słoneczny. Potem była mocna scena w Afryce i na koniec drepczący kaznodzieja z papierosem w dłoni, a w tle drewniany kościół i śpiewający Willie Nelson. Kaznodzieja podchodził do napisu informującego, że to teren kongregacji Wszystkich Świętych. Poniżej było jeszcze przesłanie: „Open your ass and holes to Jesus”. Jesse Custer – tytułowy bohater serialu – bez słowa skargi dokonywał modyfikacji napisu, który wracał do pierwotnego stanu: „Open your hearts and souls to Jesus”. Cztery intrygujące minuty, które w zasadzie dały stuprocentową pewność, że będzie dobrze. Dobrze, niegrzecznie, a może nawet bluźnierczo. Z tym bluźnierstwem tak naprawdę dopiero się okaże, bo pilot „Preachera” w dużym stopniu zaskakuje, zwłaszcza tych, którzy znają komiksowy pierwowzór.

Jest inaczej. Owszem, w pilocie pojawiają się znane z komiksu, najważniejsze postacie tej historii, ale naprawdę jest inaczej. Nie oznacza to, że tak jak w serialowym „Lucyferze”, twórcy całkowicie zmienili koncept opowieści. Nie, na szczęście nie. To jest „Preacher” wraz z jego dosadną brutalnością, tyle że z mocno pozmienianą fabułą w stosunku do oryginału – czy wyjdzie to twórcom na dobre, chyba jeszcze za wcześnie oceniać. Są świetne, brutalne wejścia dwójki najistotniejszych po tytułowym kaznodziei bohaterów – Tulip (czyli kiedyś dziewczyny Jesse’go) i Cassidy’ego (sami się przekonajcie, któż to). Wyglądają oni zresztą mocno inaczej niż w komiksie (szczególnie Tulip), ale charyzma obojga aktorów natychmiast niweluje tę kłującą w oczy różnicę. Przez większość seansu trochę niepokoi rola Dominica Coopera, ale ów niepokój mija, kiedy wreszcie Jesse pokazuje, na co go stać. A już w chwili kiedy używa – jeszcze nieświadomy pełni jego mocy – Słowa Bożego, wówczas wiemy, że na pewno będzie się działo – dużo i dziwnie. Ano tak, bo przecież porównanie powyżej „Preachera” do „Banshee”, może niektórych zwieść. Owszem, „Preacher” to wysokooktanowa sensacja, ale także niezwykła opowieść z gatunku fantastyki. Jest tu przecież wampir, jest też tajemniczy byt, który wstępuje w kaznodzieję (a wcześniej ponoć także w Toma Cruise’a, RIP poor Tom). Nie ma jeszcze tylko tego najważniejszego, napędzającego fabułę komiksu motywu, na szczęście pojawiają się sygnały, że twórcy z niego nie zrezygnują. Chodzi o Boga. Tak, ponieważ „Preacher” to opowieść o poszukiwaniu Boga, ale zupełnie innego rodzaju, niż nam się pewnie kojarzy. Poszukiwaniu bardzo, ale to bardzo dosłownym.

Ciekaw jestem, co z tego co najważniejsze w komiksie, zostanie wykorzystane w serialu? Komiksowy „Preacher” to dzieło kompletne i nie robię sobie zbytnich nadziei, że stojący za serialem twórcy będą w stanie dogonić pierwowzór. Cieszę się, że w pilocie zdołali zachować ducha oryginału i  zastanawiam się, czy będzie to raczej bardziej kameralna historia, niż epicka rozpierducha Ennisa. Komiks był popkulturowym arcydziełem, które zbierało w sobie miks różnych gatunków (ale też różnych idei) i na dodatek wyrażało pogląd jego twórcy na świat. Co jeszcze ciekawsze – „Preacher” oddziaływał też mocno na inne dzieła. Kiedy zaczynało się „Banshee”, ci którzy czytali całego „Kaznodzieję”, nie mogli się oprzeć wrażeniu, że skądś już znają historię o Lucasie Hoodzie – bo przecież znali ją z tego właśnie komiksu. Ale na tym to właśnie polega. Garth Ennis poutykał niegdyś w „Kaznodziei” co się tylko dało – sensację, horror, komedię, odniesienia do Biblii, do filmów wojennych i… westernu. Tak, bo „Preacher” to przede wszystkim western, opowiadający o honorowym, acz pogubionym, lubiącym wypić bohaterze, który stara się czynić dobro, walcząc o nie do krwi. I to z całego komiksu było w nim najlepsze i miejmy nadzieję, że tak będzie również w serialu.

Taurus Media
Poprzedni

Sprycjan i Fantazjusz: Australijska przygoda - gangsterzy są okrutni [recenzja]

Albatros
Następny

Przestępca z zasadami. Biografia subiektywna - prawdziwa historia złodzieja o złotym sercu [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz