SERIALE 

Safe House – i nikt nie był bezpieczny [recenzja]

Napisany przez Michaela Cromptona skromny kryminalny serial ogląda się jakby… czytało się bardzo dobrą powieść. Bo „Safe House” to taka powieść, tylko opowiedziana z aktorami i w obrazkach.
Nie ma tu super detektywów, nadludzi i jakichś wymyślnych zwrotów akcji. Mamy za to masę odcieni szarości i życiowego brudu.

Robert to były glina. Po niepowodzeniu akcji i śmierci świadka, odszedł na wcześniejszą emeryturę. Teraz wraz ze swoją śliczną żoną remontuje dom w górach i zajmuje się wszystkim, tylko nie policyjną robotą. Kiedy jednak żona zaprasza na jego urodziny byłego szefa wspomnienia ożywają. Robert decyduje się zamienić dom na „dziuplę” – tytułowy „Safe House” w którym policja będzie ukrywać świadków przestępstw. Nie mija kilka dni, a w domu Roberta i Katy zjawia się rodzina nękana przez obłąkanego psychopatę.

„Safe House” to czteroodcinkowa zamknięta całość. Narracja toczy się tu trójtorowo. Mamy zatem historię Roberta i nękające go demony z przeszłości, które budzą się w chwili gdy podejmuje pracę, rodzinę ściganą przez mężczyznę, który zdaje się być niezrównoważony i wreszcie poszukiwania rodziny prowadzone przez tajemniczego prześladowcę. Każdy wątek prowadzony jest tu z zegarmistrzowską precyzją i każdy prowadzi do puenty. Ta z kolei nie jest ani ładna, ani nazbyt optymistyczna – za to bardzo realistyczna.

Bo realizm w „Safe House” jest najważniejszy. Począwszy od pięknych plenerów (zdjęcia kręcono w jednym z najpiękniejszych rejonów Wielkiej Brytanii – Lake District), przez zwyczajność postaci na przeciętności popełnianych zbrodni kończąc. Nie ma tu super detektywów, nadludzi i jakichś wymyślnych zwrotów akcji. Mamy za to masę odcieni szarości i życiowego brudu. Najbliżsi okazują się mieć podwójne życiorysy, a przyjaciele nie są tym kim mogłoby się wydawać. Ot życie. Ale jak ładnie napisane, wymyślone i poprowadzone. Do tego dochodzi jeszcze Christopher Eccleston i jego Robet. Zwyczajny facet, który robi zwyczajne rzeczy. Nie nosi broni, nie skacze i nie rzuca się na helikoptery. Po prostu myśli i kojarzy fakty, a że zajmuje mu to tyle samo czasu, co zwykłemu człowiekowi, popełnia błędy i pakuje się w niebezpieczeństwo.

Jeśli zatem lubicie „ludzkie” kryminały z powolną narracją, przeciętnymi bohaterami i dobrze prowadzonymi wątkami, „Safe House” jest serialem dla was. Oglądanie go przypomina czytanie dobrego kryminału, każdy odcinek to kolejny rozdział i aż żal, że trzeba czekać rok na kolejny tom.

Universal Music
Poprzedni

Montage of Heck: The Home Recordings – kwity z pralni [recenzja]

W.A.B.
Następny

Londyn. Przewodnik Pop!kulturowy - tropem kultury w Londynie [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz