SERIALE 

Sex&Drugs&Rock&Roll – przebrzmiała, muzyczna legenda [recenzja]

W nowym serialu stacji  FX, „Sex&Drugs&Rock&Roll”, znajdziemy wszystkie elementy, które  szumnie zapowiada tytuł. Tyle że w wykonaniu niegdysiejszych bogów rocka, którzy nie są już ani młodzi, ani sprawni, ani tak sławni jak kiedyś.

Pamiętam, jak pierwszy sezon „Californication” wydawał się kiedyś czymś świeżym, nowym, aspirującym do statusu serialowego objawienia. Pamiętam też kolejne etapy rozczarowania opowieścią o Hanku Moody’m, przesunięciu ciężaru w stronę zwykłej, momentami żenującej fabularnie błazenady. Błazenady, którą oglądałem jednak do końca, do nieprzystającego do założeń serialu, iście hollywoodzkiego zwieńczenia. A jednak po zakończeniu „Californication” poczułem rodzaj pustki. Przygody inteligentnego faceta, który pozwala zawładnąć sobą prostackiemu światu blichtru miały swój urok i muszę to przyznać – nie sądziłem, że będzie mi brakować Hanka Moddy’ego. I oto pojawił się serial i bohater, który być może w jakimś stopniu wypełni uczucie pustki po uciekającym z Kalifornii do Nowego Jorku Hanku. Proszę państwa, oto Johnny Rock, podstarzały rockman i nałogowiec, który ostatni raz stał w blasku sławy dwadzieścia pięć lat temu.

Pierwsze minuty „Sex&Drugs&Rock&Roll” serwują nam w formie fabularyzowanego dokumentu krótką historię fikcyjnego zespołu The Heatens. Występujący przed kamerą Dave Grohl oznajmia, że bez wpływu tego bandu nie byłoby Nirvany. Z ust frontmana Foo Fighters padają tez znamienne słowa – o tym, że w zespołach nie istnieje coś takiego jak demokracja,  a u steru zazwyczaj jest największy (i tu pada mocno niecenzuralne słowo).  The Heatens rozpadli się dzień po tym, jak ukazał się ich debiutancki album. Powody? Raczej jeden powód. Johnny Rock i jego ego.

„Sex&Drugs&Rock&Roll” to bezcenny obrazek wiekowych rockmanów, którzy chcąc nie chcąc – bo czas jest przecież nieubłagany – zmieniają się w starych pryków, trapionych fizycznymi i psychicznymi dolegliwościami.

Dwadzieścia pięć lat później główny bohater to  człowiek tracący kontakt z rzeczywistością – zamiast kokainy jest w stanie wciągnąć do nosa proszek do czyszczenia. Nie ma co ukrywać, mamy do czynienia portretem nie tyle nałogowca, co zwykłego dupka, mamy do czynienia z  odbrązowieniem muzycznej legendy. Jego dawni koledzy z zespołu jakoś sobie radzą  życiu,  jak choćby gitarzysta, który obecnie gra u Lady Gagi (swoją drogą jednosekundowa migawka z „Lady Gagą” w serialu jest genialną kwintesencją postrzegania tej gwiazdy popu). Johnny Rock wciąż żyje echem własnej legendy, choć tak naprawdę w dzisiejszym świecie jest nikim. Szansę od losu na powrót do gry, na choćby namiastkę dawnej kariery daje mu nagłe pojawienie się córki, o której istnieniu rzecz jasna nie miał pojęcia.

Z pozoru „Sex Drugs & RockandRoll” nie jest niczym więcej niż wariacją „Californication”, w jego mocno błaznującej wersji. Będziemy zatem wielokrotnie oglądać żenujące wpadki głównego bohatera, czy nieoprawne politycznie konwersacje obracające się wokół trzech tytułowych słów Ale są też perełki. Jest kawałek porządnej, skomponowanej na potrzeby serialu muzyki. Są zabawne kpiny z Radiohead. Jest bezcenny obrazek wiekowych rockmanów, którzy chcąc nie chcąc – bo czas jest przecież nieubłagany – zmieniają sie w starych pryków, trapionych fizycznymi i psychicznymi dolegliwościami. I wreszcie jest opowieść o facecie, który od ponad dwudziestu lat stoi w miejscu, nie robiąc nic ze swoim życiem.

Johnny Rock nie komponuje nowych kawałków, ale też nie chce grać cudzych. Manager zasypuje go propozycjami, dzięki którym mógłby jako tako funkcjonować w muzycznym światku (choćby jako lider zespołu Non Bon Jovi grającego kawałki Bon Jovi). Johnny Rock za każdym razem odmawia. Dlaczego? Ponieważ zna swoją wartość, choćby nawet dwadzieścia pięć lat później wynosiła ona zero. Ale spokojnie, Johnny właśnie zaczyna odbijać się od dna i dzięki temu będziemy mieli zapewnione widowisko tyleż spektakularne, co żenujące. Oglądam, bo zza pokładów totalnej błazenady wygląda do nas momentami oblicze prawdziwego, wiernego swoim ideałom artysty.

Albatros
Poprzedni

Oko Boga – historia, science-fiction i maksimum akcji [recenzja]

materiały prasowe
Następny

Mark Z. Danielewski - Nie dla Ciebie

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz