SERIALE 

Slasher – slasher standardowy vs. slasher mentalny [recenzja]

Przez ekrany telewizorów przeleciał niedawno „Scream”, „Scream Queens”, a teraz czas na trzeci serial na literkę „s”, którego tytuł nie pozostawia wątpliwości z jakim podgatunkiem horroru będziemy mieć do czynienia – „Slasher”.
Oprócz jawnych nawiązań do klasyków w rodzaju „Krzyku”, czy „Halloween”, mamy tu również zapożyczenia raz podane w mniej, raz w bardziej przekonujący sposób, z takich thrillerów jak „Milczenie owiec”, czy „Siedem”.

Jakoś tak się porobiło, że zasiadając do oglądania fabuł o takim charakterze, przestaliśmy wymagać od nich powagi i obserwując poczynania ofiar i ich prześladowców, czujemy się współcześnie bezpieczniej, niż widz oglądający slashery kilkadziesiąt lat temu. Slasher stał się w dzisiejszych czasach bardziej formą zabawy konwencją, bo po prawdzie, cóż jeszcze można nowego w jego ramach wymyśleć? Pod tym względem nowy serial amerykańsko-kanadyjski mimo wszystko zaskakuje – jest zaskakująco poważnie i choć klisza goni tu kliszę, pewne elementy fabuły i sam ogólny koncept potrafią momentami zaintrygować. Ano właśnie – jedynie momentami, a to jednak trochę za mało. Ale że „momenty” to w tym akurat serialu słowo klucz, to jeszcze do nich wrócimy.

Zaczyna się od sceny, podczas oglądania której nawet przez chwilę myślimy, że jednak będzie to opowieść w tonie komediowym. W pierwszym ujęciu jest dynia ze świecą w środku, więc wiadomo od razu, że jest Halloween. Potem już jest konkretny dom, a w nim małżeński obrazek. Mężczyzna w stroju kowbojskim czeka na przyjaciela, a przedtem zamienia jeszcze kilka słów z żoną w zaawansowanej ciąży. Następnie dzwonek do drzwi, wchodzi przyjaciel. Ma na sobie strój kata, nie widać jego twarzy, nie odzywa się i w ogóle wygląda dość groteskowo – coś jak skrzyżowanie średniowiecznego rycerza z Zoomem z serialowego „Flasha”, przez co odnosimy mylne wrażenie, że zaraz wydarzy się coś bardzo głupiego. A potem znowu dzwonek, mąż otwiera drzwi i do domu wchodzi przyjaciel przebrany za króla. Hmmm…więc ten ktoś w przebraniu kata, to kto?  No dobra,  po prostu od tego momentu zaczyna się slasher. Po cięciu (w dwóch tego słowa znaczeniach) widzimy  policjantów zbliżających się do bujającego się w fotelu, trzymającego w rękach płaczące niemowlę, nieznanego nam mężczyzny – to zapewne morderca, który w międzyczasie zrzucił z siebie halloweenowy strój.

Znowu cięcie. Jak się dość szybko wyjaśnia, fabuła przeskakuje trzydzieści lat do przodu. Młode małżeństwo jedzie samochodem do miasteczka, w którym niegdyś dokonano ohydnej zbrodni z prologu. Mężczyzna ma pracować jako redaktor naczelny miejscowej gazety, natomiast kobieta jest tym niemowlęciem, które trzymał w rękach osobnik z powyżej opisanej sceny. Jak się pewnie domyślacie – niemowlę zostało po prostu wykrojone z brzucha ciężarnej kobiety. Te dziecko, będące obecnie trzydziestoletnią kobietą wraca do rodzinnego miasta, do rodzinnego domu i chyba każdy, kto oglądał choć jeden slasher doskonale zdaje sobie sprawę, co ów powrót zapoczątkuje. Mianowicie cały zestaw znanych z kultowych produkcji motywów i to nie tylko z samych slasherów. Oprócz jawnych nawiązań do klasyków w rodzaju „Krzyku”, czy „Halloween”, mamy tu również zapożyczenia, raz podane w mniej, raz w bardziej przekonujący sposób z takich thrillerów jak „Milczenie owiec”, czy „Siedem”. Ów slasher jest bowiem trochę dziwny, gęstszy w klimacie i z ciekawie oraz mocno  rozbudowaną historią, która łączy krwawy podgatunek horroru z kryminałem i obyczajową opowieścią o małomiasteczkowych tajemnicach, sięgających kilku pokoleń wstecz. A zatem nie tylko zabawa konwencją i porządna dawka adrenaliny dla widza, ale próba głębszego zanurzenie się w motywacje i portrety poszczególnych bohaterów. Na czele z kwestią ich obyczajowości, a szczególnie seksualnego pożycia.

W trakcie pierwszego odcinka pojawia się ciekawy chwyt fabularny, który obecnie można by uznać nawet za nieprzystający do konwencji zgrzyt. Otóż okazuje się, że zamordowani w prologu odcinka rodzice, mieli sekrety. Główna bohaterka znajduje kasety wideo z filmami, na których jej matka uprawia seks z innymi mężczyznami. Jeszce ciekawsza kwestia jest taka, że kręcił to ponoć jej mąż. Z biegiem czasu, takich obracających się wokół seksu wtrętów jest coraz więcej. Widzimy kolejnych bohaterów, zdradzających z premedytacją swoich partnerów. W gatunku slashera, który zawsze oprócz bycia krwawą opowieścią, był również metaforą seksualnych pragnień oraz związanych z nimi niebezpieczeństw i konsekwencji, to nic nowego. Jedną ze ścieżek interpretacyjnych dla tego podgatunku horroru  był  zawsze związek z seksem, ukrytymi pragnieniami, jednakże pokazanie, powiedzenie takich rzeczy w serialu wprost, sprawia wrażenie pewnego dysonansu.

Ten dysonans wzrasta, kiedy twórcy wikłają się w standardowe dla fabuły slashera motywy i formalne chwyty.  Mamy tu jeszcze wątek motywacji obecnego mordercy (bo stary cały czas żyje, odbywa karę w więzieniu i odbywa tam pogawędki z główną bohaterką). Ten współczesny, jak zaczynają sądzić niektórzy mieszkańcy miasteczka, wybiera i zabija swoje ofiary według klucza siedmiu grzechów głównych (ech, skąd my to znamy?). Z tego wszystkiego tworzą się jakby dwie fabuły. Jedna z nich to standardowy slasher (choć też nie do końca, bo kolejne morderstwa, jak choćby te dokonane za pomocą trucizny, wyłamują się z krwawej konwencji), pełen charakterystycznych dla gatunku obrazków, na czele z bohaterami, którzy zawsze robią to, czego nie powinni w momencie zagrożenia. Ale jest też druga fabuła, drugie dno, które każe nam inaczej, pod innym kątem spoglądać na bohaterów ( a wśród nich zamordowane z zimną krwią  ofiary), którzy pokazywani są w scenach, jakie w innym rodzaju filmu uznalibyśmy za tzw. „momenty”. Tutaj to nie tyle „momenty”, co obnażona, ludzka natura. W międzyczasie znika gdzieś nasze współczucie, znika jasny podział na dobro i zło i mimo oczywistych wad i głupotek głównej warstwy fabularnej, zaczynamy czuć się niekomfortowo. Zwłaszcza, jeśli sami mamy na sumieniu jakieś grzeszki.

A zatem „Slasher” to ciekawy przypadek. Tak naprawdę, to w jakiś sposób powrót do pierwotnej formuły podgatunku. Na razie, po trzech odcinkach, to co wydaje się najbardziej intrygujące w całym serialu, to wcale nie kwestia kto zabija i dlaczego, ale w którą stronę pójdą twórcy. Bowiem śmiało mógłby być to slasher igrający z przyzwyczajeniami widza, nietuzinkowy (mentalny?), redefiniujący na nowo jego narracyjne i konstrukcyjne prawidła, ale obawiam się, że na pójście tą drogą, która paradoksalnie w dzisiejszych czasach pachnie fabularnym eksperymentem,  zabraknie twórcom odwagi. Zobaczymy. Szkoda tylko, że nie ma tu jakiejś wybijającej się aktorsko postaci, która ciut podniosłaby ogólny poziom serialu, bo na razie wszyscy wypadają tu przeciętnie. W każdym razie dziwny przypadek – przeciętna właśnie, telewizyjna produkcja, ale z intrygującymi podtekstami, które każą oglądać serial dalej, bo być może twórcy czymś nas jeszcze mile (choć to akurat słówko niezbyt oddające oczekiwania widza w tej kwestii) zaskoczą. Stąd na razie ocena „może być”, ale kto wie, z biegiem czasu może będzie więcej, niż dobrze.

 

 

Pentagist
Poprzedni

Bestsellerowi mordercy - książki pisane przez zbrodniarzy [ranking]

Andrew Tarusov
Następny

Filmy Disneya w stylu Tima Burtona [galeria]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz