SERIALE 

Stan Lee’s Lucky Man – szczęście to rzecz względna [recenzja]

Magia nazwiska ojca (dziadka?) sukcesu  Marvela jest dziś widać tak wielka, ze wręcz należy go użyć w tytule serialu opartego na pomyśle nestora amerykańskiego komiksu. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że będziemy mieć do czynienia z kolejną produkcją o superbohaterach. „Lucky Man” to solidny dramat policyjny, tyle że z wplecionym w fabułę wątkiem fantastycznym.
Twórcy „Stan Lee’s Lucky Man” potraktowali bajkowy wątek z pełną powagą, dzięki czemu widz nie ma wcale poczucia gatunkowego dysonansu, a nawet więcej – z biegiem czasu zaczyna traktować historię o „szczęśliwym człowieku” jako zgrabnie wykoncypowaną, współczesną przypowieść

Harry Clayton jest niczym archetyp filmowego gliny. Z żoną żyje w separacji, jest nałogowym hazardzistą i przy okazji znakomitym detektywem. Z pełną świadomością stacza się na dno, ale nieoczekiwanie następuje w jego życiu przełomowy moment. Najpierw właściciel kasyna żąda od Harry’ego  spłacenia w ciągu trzech dni olbrzymiego długu. Następnie, bohater z pomocą pięknej nieznajomej rozgrywa w owym kasynie partię życia, wygrywając olbrzymią sumę pieniędzy. Oboje lądują razem w łóżku, a po upojnej nocy, na przegubie ręki bohatera pojawia się zabytkowa bransoleta, którą wcześniej nosiła nieznajoma. wkrótce wokół Harry’ego zaczynają dziać się naprawdę dziwne, niepokojące rzeczy, na czele ze śmiercią  wierzyciela jego długu. A wszystko to za sprawą ściśle przylegającej do jego ciała, nie dającej się usunąć, antycznej błyskotki.

Zanim całkowicie wnikniemy w skomplikowany świat głównego bohatera, serial zaskakuje nas nieoczekiwaną, początkową sceną. Oto jakiś starszy, najwyraźniej odnoszący sukcesy mężczyzna, po przemowie, którą wygłasza do zgromadzonej grupki ludzi udaje się na taras wieżowca, staje na barierce, wypowiada kilka słów w stronę tkwiącej na jego dłoni bransolety, po czym rzuca się w dół i ponosi śmierć na miejscu uderzając o dach samochodu –  całe to zdarzenie obserwuje anonimowa osoba, ukrywająca się pod motocyklowym kaskiem. Po tym, co wydarza się później, możemy słusznie podejrzewać, że tą osobę jest najprawdopodobniej kobieta, która w kasynie przyniosła Harry’emu szczęście, a potem umieściła na jego ręku bransoletę. W międzyczasie toczy się śledztwo w sprawie znalezionej na plaży, martwej dziewczyny, w które zaangażowany jest główny bohater. Co jeszcze? Poznajemy nowego szefa londyńskiej policji, mającego  najwyraźniej do Harry’ego jakieś „ale”. No i oczywiście rozpoczyna się śledztwo w sprawie zamordowanego właściciela kasyna, w którym główny bohater będzie jednym z podejrzanych. Powoli wgłębiamy się w tę misternie ułożoną, fabularną, pełną zwrotów akcji układankę i co najważniejsze, wcale nie przeszkadza w niej wpleciony tu precyzyjnie, fantastyczny wątek.

W tej kwestii już sam tytuł serialu jest podpowiedzią. Tak, zgadza się, tajemnicza bransoleta przynosi głównemu bohaterowi szczęście. Jak na rasowy, policyjny serial, to motyw raczej nieprzystający do fabuły, ale o dziwo sprawdzający się nadzwyczaj dobrze w tym zestawieniu i wcale nie tak niecodzienny, jeśli przypomnimy sobie choćby znakomite, również brytyjskie „Life on Mars!” oraz jego kontynuację, „Ashes to ashes” sprzed kilku lat. Twórcy „Stan Lee’s Lucky Man” potraktowali ów bajkowy wątek z pełną powagą, dzięki czemu widz nie ma wcale poczucia gatunkowego dysonansu, a nawet więcej – z biegiem czasu zaczyna traktować historię o „szczęśliwym człowieku” jako zgrabnie wykoncypowaną, współczesną przypowieść. Bowiem szczęście, którego doświadcza Harry, ma po pierwsze swoje konsekwencje i zaburza delikatną równowagę rzeczywistości, po drugie, nieco rozmija się z naszym pojęciem samej jego idei. Dzięki bransolecie Harry wcale nie staje się szczęśliwym człowiekiem, po prostu wychodzi obronnie z bardziej lub mniej kłopotliwych sytuacji, a samo jego życie dzięki działaniu magicznego artefaktu wcale nie zmienia się na lepsze. Antyczny klejnot nie służy do tego, by uczynić szczęśliwym noszącego go człowieka, tylko by nagiąć rzeczywistość do jego własnych, często samolubnych celów i oczekiwań.

Jak na brytyjskie warunki, stacja Sky zaplanowała serial z prawdziwym rozmachem, produkcja ma mieć bowiem aż dziesięć odcinków. W warstwie sensacyjnej i w tworzeniu głównej postaci czuć  inspirację „Lutherem”, występują tu nawet aktorzy znani z tej kultowej serii, a i sam bohater jest równie niesubordynowany, choć nie tak ekspresyjny w zachowaniu jak czarnoskóry gliniarz. W ogóle James Nesbitt wtapia się w swoją rolę perfekcyjnie i wielokrotnie kradnie sceny występującym u jego boku partnerom, a poza tym tembr jego głosu i przedziwny akcent są tak urzekające, że można by wsłuchiwać się w nie godzinami. Skalę jego talentu  podziwialiśmy w niedawnym, znakomitym serialu „The Missing”, a w „Lucky Man” udowadnia, że jest jednym z najciekawszych, brytyjskich aktorów. Doświadczony, uwikłany w mroczne sprawy glina, który nagle zaczyna mieć szczęście – trzeba przyznać, że to koncept wywracający do góry nogami klasyczne, policyjne opowieści.  Za ów pomysł, Stanowi Lee należą się najszczersze gratulacje.

Studio Lain
Poprzedni

Stickleback #1: Chwała Anglii - steampunk, Lovecraft i tajna historia Anglii [recenzja]

wilco
Następny

Wilco zagra na Halfway Festival 2016

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz