SERIALE 

Supergirl [recenzja] [serial]

Niedawno do sieci wyciekł pilot serialu „Supergirl”. Dobra wiadomość jest taka, że końcu pojawi się superbohaterskie show, w którym to kobieta odegra główną rolę, a faceci będą dla niej jedynie tłem. Zła jest taka, że jego twórcy nie do końca wiedzą, jak z tym fantem sobie poradzić.

W ostatnich dwóch latach seriali na podstawie komiksów namnożyło się co nie miara, nawet trudno mi teraz wszystkie je wyliczyć z pamięci. Co zaskoczyło chyba wszystkich, popyt na tego typu rozrywkę wciąż rośnie i teraz nagle każda szanująca się stacja chce mieć przynajmniej jeden taki produkt w swojej ramówce – najlepiej aby był o sueprbohaterach z dwóch największych stajni, czyli Marvela albo DC. Maglowanie w kółko tych samych motywów i schematów wciąż się podoba, ale też pojawiają się eksperymenty, i do takich też należy m.in. „Supergirl”.

Nakręcenie show z męskim bohaterem latającym w spandeksie nie stanowi problemu, ot przecież płeć brzydka jest nieskomplikowana w swej budowie i prosta w obsłudze. Z kobietami jest nieco gorzej, bo to bardziej niejednoznaczne istoty, których złożoności samczy umysł nie pojmuje, a próba jego przekompilowania zawsze kończy się fiaskiem. Problemem „Supergirl” jest to, że za jej sterami stoją faceci, którzy mają dość płaską wizję kobiecości (o czym świadczą ich inne produkcje: „The Flash” i „Arrow”), przez co główna bohaterka, powiedzmy, jest jaka jest.

Kara Zor-El przybyła na Ziemię jako nastolatka. Dzięki swemu kuzynowi, Supermanowi, trafiła do sympatycznej rodziny zastępczej, która wychowała ją na samodzielną i niezależną pannę. Przez lata kryła się ze swoimi wyjątkowymi umiejętnościami, chcąc pozostać „zwyczajną”, niczym nie wyróżniającą się dziewczyną. Teraz, przebywając w Wielkim Mieście, będąc zredukowaną do roli asystentki „podaj-przynieść-znajdź” diabolicznej szefowej, tęskniąc za emocjami i miłością próbuje odnaleźć własną tożsamość. I cóż, robi to wręcz ekspresowo.

Pomysł zawiązujący fabułę i tłumaczący niekorzystanie z kryptońskich mocy jest wręcz okropny. Podobnie jak motywacje i impulsy, które stoją za ujawnieniem się bohaterki. Wszystko to jest naiwne i wręcz zmusza widza do zawieszenie działalności zwojów mózgowych, a nad całym serialem wisi prostoduszność produkcji z wczesnych lat 90. i wręcz nieznośna melodramatyczność. Taka jest też Kara – sympatycznie głupiutka idealistka, która w ogóle nie przejawia cech obcej wysoko zaawansowanej, zarówno myśleniowo jak i technicznie, rasy. A biorąc pod uwagę, że trafiła na Ziemię jako nastoletnia imigrantka, czyli osoba już dobrze zakorzeniona we własnej cywilizacji, z pewnym bagażem wiedzy i umiejętności – jest to wielkie faux-pas ze strony twórców.

„Supergirl” ma też kilka zalet, do których z pewnością należą nienajgorsze efekty specjalne oraz odgrywająca główną bohaterkę Mellisa Benoist, która w swym roboczym wcieleniu drażni mniej niż w tym cywilnym, głupkowatym. Serial z pewnością ma ogromne pokłady potencjału, ale żeby go wydobyć trzeba by wymienić Berlantiego i Kresiberga, którzy niestety nie mają ręki do prowadzenia kobiecych ról. Zadaniem pilotów seriali jest od razu przekonać do siebie widzów, a ja niestety nie mam już ochoty na kolejny guilty pleasure i mówię pas. Nastolatkom powinno się jednak podobać, a ja wolę poczekać na inny serial z kobietą w roli głównej, czyli „A.K.A. Jessica Jones”.

hannibal_2013_tv_series-1920x1080
Poprzedni

Wszystkie oblicza Hannibala L.

Boom Studios
Następny

Do Androids Dream of Electric Sheep: Dust to Dust [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz