SERIALE 

The Bastard Executioner – Bardzo Krwawe Średniowiecze [recenzja] [serial] [dramat]

Komu brakowało bohaterów i brutalności „Synów Anarchii”, temu na widok zestawu narzędzi tortur pojawiających się w czołówce „The Bastard Executioner”, powinno podskoczyć ciśnienie. Wiadomo, że w nowym serialu Kurta Suttera czeka nas rzeźnia, ale czy znajdzie uzasadnienie w fabule? Już samo miejsce i czas akcji wskazują na to, że jak najbardziej.

Od kilku lat możemy obserwować renesans seriali historycznych. Nie przypominają już one hollywoodzkich dokonań z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, pełnych fabularnych naiwności i z ugrzecznioną wizją dawnych wieków.  Można powiedzieć, że po wielkim sukcesie „Braveheart” Mela Gibsona, filmowcy zaczęli traktować historyczne materiały może nie tyle z większym respektem, ale przede wszystkim jako okazję do stworzenia wizualnej, pełnej brutalnej przemocy uczty. Patrząc w ten sposób na ów powracający do łask gatunek, nie dziwi zaangażowanie w taki właśnie telewizyjny projekt specjalisty od krwawych i epickich historii, jakim po stworzeniu „Synów Anarchii” został okrzyknięty Kurt Sutter. Pytanie, czy w „The Bastard Executioner” będzie w stanie pokazać nam coś nowego?

No dobrze, być może to powyższe pytanie jest zupełnie bezzasadne. Przecież najbardziej lubimy oglądać to, co dobrze znamy. Skoro Sutter był w stanie przy użyciu określonych chwytów porwać widzów historią o gangu motocyklowym, to czemu ma nie zastosować ich w serialu dziejącym się w czternastym wieku? A jednak, wejście w świat średniowiecznej Walii nie odbywa się wcale bez zgrzytów. Twórcy fundują nam półtoragodzinny, podwójny odcinek, w którym przez pierwsze kilkadziesiąt minut trudno się odnaleźć. Mamy tu poprowadzone trzy oddzielne wątki, które co prawda w końcu się zazębią, ale mnogość postaci, ich starań i problemów powoduje z początku wrażenie chaosu. Na całe szczęście później jest już znacznie lepiej. I cóż poradzić  – to „lepiej” zaczyna się od naprawdę straszliwej masakry. Od tego momentu już nie ma wątpliwości, z czyim dziełem mamy do czynienia.

Kurt Sutter doskonale wie co robi – wychodzi naprzeciw zapotrzebowaniom wiecznie  spragnionego intensywnych wrażeń odbiorcy, zapewniając mu telewizyjny substytut „chleba i igrzysk”.

Trochę o postaciach. Przez długi czas nie wiemy, kto jest tym tytułowym katem. Główny bohater to były rycerz, który po tragicznej w skutki bitwie z pierwszych scen filmu zaszywa się na długie lata w walijskiej wiosce, obiecując sobie, że nie będzie już używał miecza. Poznajemy również wędrującego z rodziną, odpychającego typa –  to właśnie on trudni się profesją zawodowego oprawcy. Jest także nakładający bez opamiętania podatki na Walijczyków angielski baron, który razem ze swoim pozbawionym kręgosłupa moralnego szambelanem trzęsie całą okolicą. Małżonką władcy jest  inteligentna i piękna kobieta, zepchnięta do roli  seksualnego obiektu – scena w której ją poznajemy od razu sprawia, że czujemy dla niej sporo współczucia. Najbardziej intrygującą postać gra w serialu małżonka Kurta Suttera, znana z wybitnej roli mamuśki-intrygantki w „Synach Anarchii”, Katey Sagal. W „The Bastard Executioner” jest uzdrowicielką, której rola w prezentowanych wydarzeniach z biegiem czasu nabiera coraz większego znaczenia. Akcja rusza z kopyta od wspomnianej wyżej masakry. Jak do niej doszło, kto ucierpiał i jakie były jej konsekwencje, radzę już zobaczyć samemu. W każdym razie, od tego właśnie wydarzenia fabuła wskakuje na właściwe tory i zaczyna się emocjonująca rozgrywka.

Jedyne co mnie niepokoi, to kwestia co wydarzy się dalej. W finale pilota następują co prawda intrygujące rozstrzygnięcia, ale jakoś jasno nie wskazują, w którą stronę podąży fabuła. O dziwo, największy apetyt wzbudzają sceny z elementami nadprzyrodzonymi. Tak, bowiem w „The Bastard Executioner” mamy również trochę fantasy. Są wizje, są tajemnicze postacie, pewnie będą też czary. Na razie trudno orzec, czy to wyjdzie serialowi na dobre. Ja w każdym razie wierzę w Suttera. Pod koniec seansu wciągnąłem się na całego w tę w zasadzie prostą historię. Spodobał mi się także, z biegiem czasu nabierający wyrazu bohater. Nagle przypomniały mi się lektury z młodości, przygodowe, emocjonujące dzieła Aleksandra Dumasa, Roberta Luisa Stevensona, czy Karola Maya. Jedyną różnicą jest fakt, że w tych lekturach oszczędzono nam charakteryzującej twórczość Suttera, potężnej dawki krwawej, naturalistycznej przemocy.

Choć może ściemniam. Kto wie, gdybym tak odnowił sobie teraz te arcydzieła z lat młodości, jest wielce możliwe, że dostrzegłbym ją w podtekstach, między słowami, przykrytą przygodą, ale jednak stale obecną. A co do kwestii przemocy w serialach Suttera, to trochę mnie dziwi, że budzi ona tyle kontrowersji.  Żyjemy przecież w czasach wizualnej dosłowności, w których media i twory kultury epatują straszliwymi obrazami z takim natężeniem, że w efekcie wszystko po nas spływa. A Kurt Sutter doskonale wie co robi – wychodzi naprzeciw zapotrzebowaniom wiecznie spragnionego intensywnych wrażeń odbiorcy, zapewniając mu telewizyjny substytut „chleba i igrzysk”. Skubaniec dobrze wie, że na przestrzeni tysiącleci, ludzie tak naprawdę wcale się nie zmienili. Pilotem serialu może nie powalił – widocznie jego zespołowi potrzeba trochę czasu na pełne odnalezienie się w nowej scenerii. Mam żywą nadzieję, że kiedy to nastąpi, podczas kolejnych seansów będziemy nie raz zbierać szczękę z podłogi.

EON Productions
Poprzedni

Agenci Jamesa Bonda

smoking
Następny

Stephen King tańczy i straszy w Bollywood

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz