SERIALE 

The Brink – beka z polityków [recenzja]

Czasami człowiek musi odreagować. Sposobów na odreagowanie jest wiele. Można się porządnie skotłować, można przyjemnie odreagować przy współpracy drugiej osoby, można też – zwłaszcza jeśli nie cierpi się polityków i wini się ich za całe zło świata – obejrzeć wakacyjny serial od HBO, „The Brink”.

W kontekście choćby tego, co słychać w naszej polityce, to serial bardzo na czasie. Ostatnio dość często zaglądaliśmy za kulisy brudnych, politycznych gier, które skutkowały  utrwaleniem wizerunku ludzi na szczytach władzy. Ten obraz utrwala w nas również „The Brink”. Politycy to w połowie cwaniaki, w połowie idioci, a zwykły obywatel ma tego przysłowiowego pecha, że przez tych cwanych idiotów jest po prostu dymany.  Na nasze nieszczęście, ponoć dbają też oni  o nasze bezpieczeństwo. Jeśli dbają tak, jak przedstawione jest to w serialu HBO, to włos się po prostu jeży na głowie. Mimo tego, obserwowanie świata balansującego na krawędzi konfliktu za sprawą szaleńców i niekompetentnych, państwowych urzędników sprawia mi sporo przyjemności. Pewnie dlatego, że lubię oglądać filmy o idiotach.

W „The Brink” obserwowanie świata balansującego na krawędzi konfliktu za sprawą szaleńców i niekompetentnych, państwowych urzędników sprawia sporo przyjemności.

„The Brink” to po prostu satyra i to taka odpalona z grubej rury. Po ostatnim sezonie „Homeland”, w nowym serialu HBO ponownie dostaje się biednemu Pakistanowi. Przejmuje tam władzę  fanatyczny i najwyraźniej szalony Umair Zaman,  twierdzący między innymi, że amerykańskie i izraelskie drony fatalnie wpływają na rozrodczość pakistańskich kobiet i w odwecie zapowiada atak na Tel-Awiw. Ważną rolę w fabule spełnia szeregowy pracownik ambasady USA, Alex Talbot (w tej roli Jack Black). To pozujący na prawdziwego „supersamca” wielbiciel dobrego zioła, który na pakistańskich ulicach nadużywa słowa „Shakira”. Dostarcza on amerykańskiemu dowództwu faks dowodzący, że dyktator leczył sie psychiatrycznie i tym samym wpada w tarapaty. Jest jeszcze dwóch prawdziwie nieodpowiedzialnych amerykańskich pilotów (jednego z nich gra Pablo Schreiber, pamiętny „Pornowąs” z „Orange Is the New Black”), którzy podczas niefortunnej misji przypadkowo zestrzeliwują indyjskiego drona krążącego nad Pakistanem, co jeszcze bardziej komplikuje polityczną sytuację.  No i przede wszystkim mamy w roli sekretarza stanu, Waltera Larsona, rzadko ostatnio widywanego na ekranie, bezbłędnego Tima Robbinsa. Larson to nie tylko erotoman, ale i zapewne ostatni człowiek, o którym byśmy pomyśleli, że może uratować świat od konfliktu zbrojnego. On jednak, w pewnym momencie nie bacząc nawet na ból wywołany przez zatykający mu przewód moczowy kamień, realizuje wielką misję zażegnania konfliktu, w przerwach od pracy racząc się dobrym trunkiem, bądź wdziękami pozostających pod jego urokiem kobiet. A wszystko rzecz jasna dla naszego dobra.

„The Brink” w równym stopniu przeraża i śmieszy, a przede wszystkim wzbudza u widza uczucie zażenowania. Śmiem twierdzić, że twórcy wzbudzają w nas to uczucie z premedytacją. „The Brink” sprawdza się świetnie jako odtrutka na szafujące zewsząd  poczuciem paranoi, pokrewne tematycznie (choć nie gatunkowo) seriale. Nowa produkcja HBO dostała nawet polski tytuł -„Świat w opałach”, ale bardziej pasowałby chyba „Świat na krawędzi”. Twórcy serialu balansują na niej nieustannie i nie dajmy sie omamić, że chodzi tu jedynie o krawędź dobrego smaku. Gdzieś tam codziennie giną ludzie, przetacza sie fala prześladowań, a szaleńcy czyhają na życie zwykłych obywateli. Czy można z takiego, przebijającego się bez przerwy  z mediów obrazu świata robić bekę? Ciężko mi to pisać, ale można, a nawet trzeba. Tak jak napisałem wyżej, człowiek czasem musi odreagować. Choć oglądając „The Brink”, ogarnia mnie momentami paranoiczne przeczucie, że to po prostu wentyl bezpieczeństwa, zafundowany nam na zlecenie szczwanych lisów ukrywających się za kulisami światowych wydarzeń.

Warner Bros
Poprzedni

Misery - przekleństwo bycia pisarzem [recenzja]

Egmont
Następny

Konungowie #1: Najazdy - nordyckie fantasy środka [recenzja] [komiks]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz