SERIALE 

The Family – dramat tabloidowy [recenzja]

Pod względem jakości nowych, serialowych produkcji oraz liczby oglądających je widzów, telewizje ogólnodostępne w USA przędą coraz gorzej. Nic dziwnego, skoro proponują odbiorcom produkty w rodzaju „The Family”.
W „The Family” oglądamy krajobraz po bitwie, swoiste pole zniszczeń, które powstało po jednym, tragicznym wydarzeniu. Przyszykowano nam tu obiecujący materiał wyjściowy i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie sposób, w jaki to zostało pokazane.

Ci, którzy przed „The Family” oglądali nominowany do Oscara „Pokój„”, mogą mieć wrażenie deja vu. W filmie Joan Allen grała matkę, która po kilku latach odzyskuje więzioną przez psychopatę córkę, w serialu zaś ta sama aktorka jest matką chłopca, któremu po dziesięciu latach przetrzymywania w niewoli udało się uciec i wrócić na łono rodziny. Na tym właściwie podobieństwa się kończą, ponieważ później fabularne ścieżki obu produkcji całkowicie się rozchodzą. „Pokój” był pochwałą miłości i nadziei oraz wiarygodnie opowiadał  o trudach przystosowania się byłych ofiar do normalnego życia. „The Family” jest zaś opowieścią o rozpadzie, o kłamstwach, o życiowych porażkach, nietrafionych, dokonywanych przez poszczególnych bohaterów wyborach i ich późniejszych konsekwencjach. I owszem, ta charakterystyka brzmi co najmniej intrygująco, widać w takim podejściu do tematu potencjał na prawdziwy dramat, tymczasem zamiast prawdziwego dramatu dostajemy fabularny rozgardiasz. A wszystko przez przyjętą przez twórców konwencję i sposób jej realizacji.

Zaczyna się obiecująco. W przeplatanych sekwencjach, łączących retrospekcje z teraźniejszością, poznajemy tragiczne okoliczności zniknięcia najmłodszego dziecka rodziny Warrenów podczas odbywającego się w miasteczku Red Pines pikniku. Wkrótce osobą oskarżoną o porwanie i zamordowanie kilkuletniego Adama Warrena okazuje się sąsiadujący z Warrenami Hank Asher, skazany już kiedyś za publiczne obnażanie się i uważany przez społeczność miasteczka za pedofila. Co prawda policja nie odnalazła ciała chłopca,  ale za to w mieszkaniu sprawcy odkryto obciążające dowody, a on sam ostatecznie przyznał się do winy. Tyle, że po dziesięciu latach od tych wydarzeń, zaginiony chłopiec niespodziewanie odnajduje się po ucieczce z niewoli. Przez te dziesięć lat rzecz jasna zmienił się fizycznie, ale test DNA potwierdza jego tożsamość. Tym samym,  władze muszą uwolnić skazanego niegdyś za niepopełnione przestępstwo Ashera i zacząć ścigać prawdziwego sprawcę, na co szczególnie naciska będąca obecnie burmistrzem Red Pines i startująca na urząd gubernatora Claire Warren, matka odnalezionego chłopca. Sam Adam w tym czasie zaczyna przystosowywać się na nowo do życia na łonie rodziny. Właściwie, pozostałoby już  tylko złapać prawdziwego sprawcę i zakończyć tę historię. Jednak zamiast szczęśliwego zakończenia, twórcy zaczynają od tego momentu serwować  widzowi łańcuch niekończących się, fabularnych komplikacji, oraz (w założeniu) pogłębionych portretów kluczowych postaci dramatu.

Rodzina Warrenów to oprócz rodziców Adama, jego starsi siostra i brat. Siostra pracuje w sztabie wyborczym matki, od lat stara się trzymać rodzinę w kupie, a przy tym ma skrywane przed światem seksualne upodobania, a także odczuwa głęboką potrzebę kreowania rzeczywistości bliskich. Starszy brat jest obecnie alkoholikiem, którym stał się zapewne z powodu gnębiącego go poczucia winy za zniknięcie brata. Ojciec, po rodzinnej tragedii zaczął pisać na ów temat książki, a przy okazji zdradza żonę z prowadzącą śledztwo policjantką. Sama matka , centralna postać dramatu i prawdziwa głowa rodziny po prostu uciekła w politykę i chcąc nie chcąc, stała się zimnym, wyrachowanym, używającym politycznych nacisków graczem. Do tego zestawienia należy dopisać jeszcze postać uwolnionego z więzienia, rzekomego sprawcy, dla którego, po uwolnieniu od zarzutów, rzeczywistość wokół wcale nie staje się łaskawsza. Hank Asher to zresztą najciekawsza  postać serialu i kreując jej obraz twórcy udanie  igrają z przyzwyczajeniami widza. Ogółem – oglądamy krajobraz po bitwie, swoiste pole zniszczeń, które powstało po jednym, tragicznym wydarzeniu. Przyszykowano nam tu obiecujący materiał wyjściowy i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie sposób, w jaki to zostało pokazane. W tym bowiem aspekcie, ów serial jest niemal nie do zniesienia.

Jak to mogło wyglądać? Scenarzyści pewnie siedli przy kawce, albo przy czymś mocniejszym i zaczęli wymyślać. Tragedie? Kłamstwa? Złe emocje? Punkty kulminacyjne? Zróbmy tak, żeby to wszystko pojawiało sie w serialu dosłownie co kilka minut, żeby widz nie miał chwili wytchnienia, żeby nieustannie podsycać jego zainteresowanie. Przeplatajmy – również nieustannie, a nawet bez umiaru – retrospekcje z teraźniejszością, mylmy tropy, dorzucajmy za każdym razem coś nowego, zróbmy uzależniającą mieszankę. Zasiejmy wątpliwości. Uderzmy nachalnie muzyką i montażem równoległym. Zróbmy z tego spektakl z gatunku „musisz wiedzieć”, tak żeby widz nie potrafił przestać oglądać, żeby z niecierpliwością czekał na nowy odcinek. Przecież cos takiego musi zadziałać!

Problem w tym, że nie zadziałało, bo oglądalność z każdym odcinkiem mocno spada. Widocznie zarzucenie widzów kolejnymi, z założenia atrakcyjnymi cliffhangerami i tajemnicami – na czele z tą główną (czy to aby na pewno powrócił Adam, a nie ktoś, kto się pod niego podszywa?) – nie poskutkowało. A dlaczego? Ponieważ ów serial, w przeciwieństwie do przywołanego wyżej „Pokoju”, ma w sobie  coś odpychającego. Kiedyś narzekało w filmach na teledyskowy montaż, czasami nieprzystający do poruszanego tematu. W przypadku „The Family” mamy coś innego, coś nowego. Serial, który formą przypomina sposoby działania tabloidowego portalu internetowego. Serial epatujący fabularnymi newsami. Serial stawiający atrakcyjność historii ponad jej wiarygodnością, co w przypadku podejmowanego w nim tematu razi nad wyraz. Nie wiem, czy twórcy byli świadomi tego, że w pewien sposób ich produkt staje się odbiciem naszej rzeczywistości, podporządkowanej medialnemu dyktatowi. I owszem, wskutek zastosowania tych wszystkich zabiegów,  całe to przedsięwzięcie pod tytułem „The Family” jest w jakimś stopniu nawet fascynujące, ale przede wszystkim smutne. Dramat zmieniony w serię przekombinowanych, fabularnych newsów. Przykre doświadczenie.

 

 

 

Books_kantoch
Poprzedni

Anna Kańtoch: dziesięć powieści mojego życia

Scream Comics
Następny

Juan Solo 2: Ciało i Trąd/Święty Łajdak - za garść diamentów [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz