SERIALE 

The Magicians – magia tworzy się z bólu [recenzja]

„The Magicians” to kompilacja motywów z „Harry’ego Pottera” i „Opowieści z Narnii”. Po takiej rekomendacji instynktownie spodziewamy się odgrzewanego kotleta, na szczęście kolejny w tym sezonie, nowy serial stacji SyFy, to całkiem sprawnie przyrządzona mieszanka.

Filmowi twórcy ponownie sięgnęli po trochę mniej rozpoznawalne, acz oparte na solidnych wzorcach powieściowe fantasy. Niedawno udany start zaliczyły serialowe „Kroniki Shannary” na podstawie prozy Terry’ego Brooksa, w których inspiracje sagą Tolkiena były aż nadto widoczne. Można uznać, że „The Magicians” wypełnią pustkę po „Harry’m Potterze”, szczególnie tym wielbicielom książek J.K. Rowling, którzy ich lekturę rozpoczynali w dzieciństwie i dorastali razem z kultowym bohaterem. Harry po wielu dramatycznych przejściach ukończył szkołę magii w Hogwarcie i rozpoczął nowy etap życia. Natomiast przed Quentinem Coldwaterem, głównym bohaterem „The Magicians”, świat prawdziwej magii dopiero staje otworem.

Podobieństwa do sagi J.K. Rowling są w „The Magicians” nad wyraz widoczne, choć twórcy, podobnie jak Lev Grossman w książkowym pierwowzorze skutecznie uciekają od porównań, kreśląc bardziej osadzony w naszej rzeczywistości obraz nieco doroślejszych  bohaterów.

Quentin niebawem zakończy edukację w szkole średniej w Nowym Jorku i stoi przed wyborem college’u. Czeka go rozmowa kwalifikacyjna na uniwersytet w Yale. Udaje się na nią wraz z Julią, najlepszą przyjaciółką, która kiedyś rozbudziła w nim fascynację książkowym cyklem fantasy „Fillory”, opowiadającym o trójce młodego, angielskiego rodzeństwa, które znajduje przejście do magicznego świata. Pod wpływem tych opowieści Quentin i Julia ćwiczyli sztuczki magiczne i marzyli o życiu wypełnionym magią, ale przyszedł nieunikniony czas wejścia w dorosłość i porzucenia nieracjonalnych mrzonek. Po dotarciu do budynku, w którym miała być przeprowadzona rozmowa kwalifikacyjna, czeka ich niemiła niespodzianka – niedoszły rozmówca Quentina jest martwy. Okazuje się jednakże, że zostawił coś dla chłopaka – w pokaźnej kopercie znajduje się niepublikowana, szósta część cyklu „Fillory”.  Od tego momentu zaczynają dziać się same niezwykłe rzeczy i wkrótce dwójka młodych bohaterów trafia na egzamin do skrytego przed oczami zwykłych śmiertelników uniwersytetu Brakebills, na którym, rzecz jasna, studiuje się magię. Quentin zdaje egzamin pomyślnie w przeciwieństwie do Julii – po oblaniu testu jej wspomnienia związane z tym wydarzeniem mają zostać wymazane. A jednak stanie się tak, że od tej chwili, oboje pozostaną już związani ze światem prawdziwej magii.

Podobieństwa do sagi J.K. Rowling są nad wyraz widoczne, choć twórcy, podobnie jak Lev Grossman w książkowym pierwowzorze skutecznie uciekają od porównań, kreśląc bardziej osadzony w naszej rzeczywistości obraz nieco doroślejszych  bohaterów. Oprócz magii są bowiem zakrapiane imprezy, seks, a w książce nawet rzucane co i rusz przekleństwa. Quentin Coldwater ma emocjonalne problemy, leczy się z depresji. Nie ma tu wyraźnego podziału na świat mugoli i czarodziejów, obie strony obarczone są tymi samymi doświadczeniami gorzkiego życia. Magia nie rodzi się z talentu – mówi jedna z postaci – tworzy się z bólu. Z mrocznymi konsekwencjami jej uprawiania młodzi bohaterowie mają do czynienia dość szybko – po części świadomie, za swoją sprawą, a po części wplatani w większy plan, za którym stoją nadzorujący ich i najwyraźniej wykorzystujący w nie do końca jeszcze sprecyzowanym celu, dorośli magicy. Pojawia się oczywiście czarny charakter, enigmatyczna „Bestia” i młodych bohaterów w zasadzie natychmiast czekają bardziej wymagające, magiczne próby, jakże inne od tych z uniwersyteckiego testu. Próby bolesne, ale nie tylko w swej dotkliwej fizyczności, bo twórcom bardziej chodzi tu o podkreślenie bólu istnienia.

Ponoć pisząc swój cykl, Grossman miał świadomość ryzyka – zbyt silne zagnieżdżenie w naszej rzeczywistości mogło nie przekonać wielbicieli fantasy, z kolei zwolenników realistycznych, młodzieżowych historii mógł odrzucać ów fantastyczny sztafaż. Cykl jednak odniósł duży sukces, trzeci tom wylądował na pierwszym miejscu listy bestsellerów New York Times’a i obecnie wizja autora ma tylu zwolenników, co przeciwników. W serialu troszkę drażnią niektórzy, na siłę grający rolę „niegrzecznych dorosłych” młodzi bohaterowie, z kolei duże wrażenie robią spowijające wydarzenia  mroczne tajemnice i magia bez udziału różdżek, czyniona za sprawą enigmatycznych ruchów dłoni. Pierwszy odcinek kończy rewelacyjna sekwencja z najprawdopodobniej głównym antagonistą, która przywodzi na myśl najstraszniejsze obrazy z „Harry’ego Pottera” z domieszką gore. Po dwóch epizodach, ciekawie się rozwijającym wątku Julie i kolejnych wyzwaniach stojących przed studentami, „The Magicians” wciąż intrygują. Twórcy sukcesywnie rozbudowują ów świat, mnożą jego tajemnice i rzucają bohaterów na głębokie wody, znane im wcześniej jedynie z książek. Być może zatęsknią oni jeszcze za urokami szarego, ludzkiego życia.

Forum Film Polska
Poprzedni

Nienawistna ósemka [recenzja - konkurs GRINDHOUSE]

Egmont
Następny

Lil i Put #2: Chodu!!! - idą w dobrym kierunku [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz