SERIALE 

The Night Manager – porządny facet kontra najgorszy człowiek na świecie [recenzja]

„The Night Manager” to serial z rodzaju skazanych na sukces.  Kto bowiem oparłby się filmowej rozgrywce, w której przeciwnikami są postacie odgrywane przez Toma Hiddlestona i Hugh Laurie, w fabule opartej na powieści Johna Le Carre?
W „Night Manager” mamy do czynienia z historią i użytymi  w niej fabularnymi chwytami, które w kinie bądź na telewizyjnym ekranie widzieliśmy już dziesiątki razy.

I właśnie z fabułą mam pewien problem. Nie czytałem książkowego pierwowzoru serialu, ale z kolei uwielbiam powieściowego „Wiernego ogrodnika”, także autorstwa Le Carre i bardzo cenię jego ekranizację. Oglądając adaptację „Nocnego recepcjonisty” miałem wrażenie, jakby poukładano tę historię jeśli nie z tych samych, to podobnych klocków. Być może „Nocny recepcjonista” był dla angielskiego autora rodzajem rozbiegówki przed doskonałą, antybondowską w formie powieścią o mężczyźnie podążającym ścieżką, która wcześniej przebyła jego tragicznie zmarła ukochana. W serialu znowu mamy takiego porządnego, jakby niedzisiejszego faceta, który w imię zasad i dla zadośćuczynienia dla innej, zmarłej w słusznej sprawie kobiety, wikła sie w niebezpieczną, szpiegowską intrygę.

Fabuła rozpoczyna się w czasie protestów społecznych w Egipcie, w których wyniku ustąpił z urzędu prezydenta Husni Mubarak. Jonathan Pine, tytułowy nocny recepcjonista, pracownik kairskiego hotelu, zostaje poproszony przez Sophie, jedną z rezydentek i zarazem kochankę egipskiego bogacza i handlarza bronią o sporządzenie kopii poufnych dokumentów. Papiery świadczą o zawarciu transakcji na dostawę potężnego, zbrojeniowego arsenału, który mógłby przemienić bliskowschodnią wiosnę ludów w krwawą rewoltę. Kobieta jest w pełni tego świadoma i dlatego jej wybór pada na angielskiego recepcjonistę, po którym spodziewa się, że ów przekaże dokumenty angielskiemu wywiadowi. Pine to zresztą były żołnierz i rzeczywiście dokonuje takiego wyboru, uzyskując dodatkowo wiedzę, że w transakcję zamieszany jest angielski biznesmen i filantrop, Richard Roper, określany tu jako „najgorszy człowiek na świecie”. Od momentu zaangażowania w tę sprawę służb wywiadowczych zaczyna się typowa dla nich rozgrywka, w której przestają się liczyć zwykłe, ludzkie życia. W efekcie Roper dowiaduje się o próbie zastawienia na niego pułapki, a Sophie ponosi śmierć, o którą będzie obwiniał się tytułowy bohater. Kiedy po pół roku przypadkowo spotyka się oko w oko z Roperem, postanawia rozpocząć przeciw niemu ryzykowną grę, której zwieńczeniem ma być pomszczenie zamordowanej kobiety.

Generalnie – nic nowego. Mamy do czynienia z  historią i użytymi  w niej fabularnymi chwytami, które w kinie bądź na telewizyjnym ekranie widzieliśmy już dziesiątki razy. Być może twórcy mieli świadomość tej wyeksploatowanej tematyki i przede wszystkim zadbali o jej atrakcyjne opakowanie. To równa się zaangażowaniu w projekt wielkich gwiazd, mających za zadanie nadać ciężaru wiarygodności tej opowieści i przede wszystkim ekscytować aktorskim pojedynkiem. W głównej roli mamy tu bowiem jednego z ulubieńców pań, Toma Hiddlestona, który przekonująco buduje portret wyważonej, ukrywającej głębsze uczucia postaci. Jego przeciwnikiem staje się w roli finansowego potentata Hugh Laurie, któremu mimo angielskiego akcentu niezwykle trudno uciec od łatki doktora House’a – momentami ma się wrażenie, że aktor powtarza tu rolę tego błyskotliwego, krnąbrnego geniusza. Serial i tak kradnie obu panom pojawiająca się na ekranie trochę rzadziej, pamiętna z „Broadchurch” Olivia Colman, jako bezpośrednia w obyciu pracownica wywiadu, która razem z nocnym recepcjonistą buduje przeciw Roperowi tajną operację. Głębiej w jej realia jesteśmy wprowadzani w drugim odcinku, zaczynającym się od emocjonalnej sceny, budującej podwaliny pod nadchodzący pojedynek dwójki męskich bohaterów. Oby ów pojedynek był udany, tak fabularnie, jak aktorsko, bo na razie twórcy zbytnio ślizgają się po z dawna utartych schematach. Owszem, wszystko tu jest przyjemne dla oka, porządnie wykonane, ciekawe i po prostu dobre, ale do znakomitości bądź ekscytacji widza, szczególnie przy takiej obsadzie i książkowym pierwowzorze trochę jeszcze brakuje. Poczekamy, zobaczymy.

krew_tchorzy1
Poprzedni

Krew tchórzy #1: Zemsta Jamy - Dumas spotyka przeciętność [recenzja]

Monolith Films
Następny

Bogowie Egiptu kontra bogowie dziennikarstwa

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz