SERIALE 

The Shannara Chronicles – udany start serialowego fantasy [recenzja]

Jakiś czas temu krążył w sieci, wzbudzając duże zainteresowanie, widowiskowy zwiastun serialu „The Shannara Chronicles”. Wreszcie przyszedł czas na jego premierę i pierwsze odcinki potwierdzają, że stacja MTV rzeczywiście się postarała i mamy do czynienia z naprawdę udanym produktem.
W „The Shannara Chronicles”” mamy świat z wieloma tajemnicami – twórcy zdradzają je powoli, z rozmysłem,  z każdym odcinkiem budując coraz większe zaciekawienie u widzów.

Serial jest ekranizacją jednej z powieści („Kamienie elfów Shannary”) długaśnego, książkowego  cyklu Terry’ego Brooksa, na który składa się ponad dwadzieścia pięć tytułów. Cykl był wydawany również w Polsce, zbierając skrajnie różne opinie od czytelników. Mówiono, że to po prostu odpowiednio spreparowana kalka motywów z Władcy Pierścieni”, ale właściwie to samo można powiedzieć o większości dzieł fantasy. W każdym razie, przed stacją MTV stało trudne zadanie. W dobie popularności serialowych antybohaterów, w czasach gdy w telewizji rządzi okrutna, nieprzewidywalna „Gra o tron”, zdecydowano się na nakręcenie klasycznej w formie opowieści fantasy, o której nie wiadomo było czy zdoła jeśli nie porwać, to chociażby zainteresować widzów. Serial może i nie porywa, ale po pierwszych odcinkach trzeba powiedzieć, że powstało dobrze skrojone, wciągające show, z nieźle wykreowanymi bohaterami i z intrygującym światem przedstawionym. Fakt, że po końcówce każdego epizodu bardzo chcemy wiedzieć, co wydarzy się w następnym, chyba najlepiej świadczy o przyzwoitym poziomie „The Shannara Chronicles”.

O ów poziom można było mieć naprawdę spore obawy. Przecież to MTV, stacja wypuszczająca seriale raczej dla nastolatków, w których  potrafią drażnić fotogeniczni, acz bez aktorskiego wyrazu wykonawcy głównych ról, potrafi też razić infantylność oraz przewidywalność fabuły. Od kanonu urody rodem ze „Zmierzchu” nie uciekniemy również w „The Shannara Chronicles”, ale idzie się do tych wszystkich facjat przyzwyczaić, bo sama akcja jest wartka, całość sprawnie zmontowana, a fabuła wcale nie cukierkowa, miejscami jest bowiem brutalnie i wówczas krew tryska jak należy. Bardzo zaciekawia już sama czołówka serialu, która zdradza, że mamy do czynienia ze światem zrodzonym na Ziemi, po wielkiej apokalipsie. W jej wyniku powstały jakże dobrze nam znane rasy – elfy, gnomy, trolle i krasnoludy. W tym świecie żyją również ludzie, ale są swojego rodzaju wyrzutkami – określa się ich mianem „rovers” (Wędrowcy). Rasą wiodącą są elfy i to od scen na zamieszkiwanych przez nich ziemiach rozpoczyna się serial. Poznajemy młodą księżniczkę Amberle, która niespodziewanie dla swojego otoczenia, decyduje się na wzięcie udziału w wyścigu, w wyniku którego zostaną wyłonieni  Wybrani – strażnicy świętego drzewa Ellcrys. Drzewo strzeże przejścia do krainy zwanej Zakazem, w której po wojnie sprzed setek lat zostały uwięzione pokonane demony. Amberle, po zakończonej sukcesem próbie zostaje jedną z Wybranych. Dotykając świętego drzewa ma jednak straszną wizję upadku swojego świata. Niedługo potem Ellcryss zaczyna obumierać, a każdy spadający na ziemię liść oznacza uwolnionego demona. I od tego momentu rozpoczyna się właściwa fabuła.

Obok Amberle, kluczową postacią serialu jest młody Wil Ohsmford, w połowie elf, w połowie człowiek, który okazuje się być potomkiem niezwykłego rodu. Cieszą znane twarze doświadczonych aktorów. Wyróżnia się zawsze mile widziany przez fanów John Rhys-Davies, który gra władającego elfami króla Eventine’a, ale największe wrażenie wywołuje znany ze „Spartacusa” i „Arrow” Manu Bennett. W serialu odtwarza, co może być zaskoczeniem biorąc pod uwagę jego aktorskie emploi, wiekowego i doświadczonego druida o imieniu Allanon. Są też wspomniani wyżej ludzcy Wędrowcy, na czele z młodą Eretrią, która niespodziewanie wplącze się w główną intrygę, przez co może czekać nas przy współudziale jej, księżniczki Amberle i Wila,  rodzaj miłosnego, opartego na kontrastujących ze sobą osobowościach trójkąta – bo przecież bez tego raczej nie mógłby  się obyć serial od MTV.

Po bardzo dobrym, budującym podwaliny pod resztę historii pilocie, w dwóch kolejnych odcinkach fabuła wydaje się nieco deptać w miejscu, ale jednocześnie doprowadza do najważniejszego dla jej dalszego rozwoju momentu. Bo przecież jeśli mamy klasyczne fantasy, to musi być też  wyprawa. Bardzo dobrze, że bohaterowie odbędą ją po przepięknie wykreowanym, urzekającym malowniczymi krajobrazami świecie, który mocno intryguje pozostałościami po dawnej, ludzkiej cywilizacji. To świat z wieloma tajemnicami – twórcy na razie zdradzają je powoli, z rozmysłem, z każdym odcinkiem budując coraz większe zaciekawienie widzów. Jeśli skupią się właśnie na tych aspektach, będzie można nawet wybaczyć i trafiające się chwilami fabularne mielizny, i kulejące niekiedy, nienaturalne dialogi. Te niedociągnięcie wynagradza ciekawa historia, widowiskowe efekty specjalne i z każdym kolejnym epizodem, coraz lepiej współpracujący ze sobą młodzi aktorzy. Czekam na dalszy ciąg.

ucieczka gangstera
Poprzedni

Ucieczka gangstera - chłopaki kontra dziewczyny [recenzja]

Kiss + Elton John
Następny

Codzienne życie gwiazd rocka [galeria]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

2 Comments

  1. Anonim
    2016-01-12 at 14:51 — Odpowiedz

    A ja polecam zestawić ten trailer z teledyskiem grupy Prodigy – Voodoo people (Pendulum remix). Widzą państwo jakieś wspólne cechy?

  2. maleniak
    2016-05-25 at 11:09 — Odpowiedz

    Czy plakat do tego serialu robił kompletny debil?
    „Our World. Their future” czyli nasz świat ich przyszłość?
    No CHYBA ODWROTNIE! Ich świat jest naszą przyszłością.

Dodaj komentarz