SERIALE 

The Tick 01×01 – Kleszcz, czyli piękna niedorzeczność? [recenzja]

 

Wielki, niebieski, zdumiewający… Kleszcz. Czy tak wygląda bohater, którego potrzebuje współczesna telewizja? Być może tak, być może nie – odpowiedź nie jest wcale taka oczywista. Pilot serialu Amazona stanowi na pewno gwarancję oryginalności, a więc cechy nie tak znowuż częstej dla formuły historii superbohaterskich.

Wspomniana oryginalność swoje źródło ma zaś w parodii przygód trykociarzy. Bardzo osobliwej, nietypowej, takiej, na którą Anglosasi mają piękne określenie: bizzare. Co to znaczy? Ano, że jest cudacznie i psychodelicznie. Ben Endlund, autor postaci Kleszcza, który po raz pierwszy pojawił się w 1986 roku na łamach New England Comics, miał pomysł, w jaki sposób zdetonować konwencję.

Kleszcz jest superbohaterem miasta… City, w którym czasem walczy na przykład ze Stalinem, a czasem z gadającą kukurydzą. Nie powinno więc dziwić, że ma problemy z osobowością, skoro widuje również Amerykańską Pokojówkę (zgrywa z Wonder Woman) czy Batmanuela (latynoski Mroczny Rycerz). Używa nieoczywistych metafor, jego rozpoznawczy okrzyk to „Łyyychaaaa!”, ceni sobie prawo, sprawiedliwość i swojego przyjaciela Arthura, czyli Człowieka-Ćmę.

Materiał wyjściowy jest, jak to widać, oryginalny. Ben Endlun stworzył komiks w zamierzeniu niezależny i alternatywny, który za sprawą kreskówki emitowanej w latach 1994-1997 zyskał na popularności na tyle dużej, iż pilotażowy odcinek serialu Amazona to już trzecia próba adaptacji komiksowego pomysłu na format telewizji. Czy wreszcie udana?

Mówiąc szczerze – do końca nie wiem. Na pewno jest nietypowo. Wszystko dlatego, że parodia, surrealistyczna formuła została tutaj zamieniona na nieco bardziej realistyczną tonację. Być może miejscami zbyt patetyczną, również ze względu na to, iż głównym bohaterem jest póki co Arthur, przyszły kompan Kleszcza. Zanim Człowiek-Ćma wejdzie na ścieżkę superbohaterstwa, będzie musiał przepracować traumę z dzieciństwa – bolesną stratę ojca.

Z jednej strony całe widowisko może być bardziej zrozumiałe dla osób nieobeznanych z przygodami tego duetu, z drugiej zaś… można odnieść wrażenie, że całość straciła przez to nieco na wyrazistości. A może zyskała coś więcej? Na przykład dodatkową interpretację tego, kim, lub symbolem czego jest Kleszcz. Poza tym, w dalszym ciągu jest nieco groteskowo, niedorzecznie (nie tylko ze względu na kostiumy, ale również humor i antagonistów). Ewidentnie czuć, że Ben Endlun sprawuje pieczę nad produkcją.

Obecność autora pierwowzoru dobrze wróży zresztą na przyszłość. Ta adaptacja ma szansę, aby mówić o niej nie tylko przez pryzmat kultowej animacji, ale także jako osobliwie potraktowany mit obrońców sprawiedliwości. A także parodię. Główny antagonista, niejaki Terror (Jackie Earle Hayley), który morduje z zimną krwią, aby po chwili delektować się smakiem lodów… nic, tylko czekać na psa-kapibarę czy mordercze krzesło. Tak, tak, pomysły są piękne.

Jak narazie jest ciekawie. Przynajmniej na tyle, że z chęcią zobaczyłoby się dalszy ciąg przygód Kleszcza (Peter Serafinowicz) oraz Arthura (Griffin Newman), bo adaptacja to nietypowa biorąc pod uwagę nie tylko standardy historii o mega-ludziach, ale sam materiał wyjściowy. Dostaliśmy zatem w równym stopniu obyczajową, co absurdalną i patetyczną, kryminalno-komediowo-terapeutyczną opowieść o superbohaterach. Połączenie zaskakująco dobre. Oby z kontynuacją.

Batman.-Mroczny-Rycerz-kontratakuje-okładka
Poprzedni

Batman: Mroczny Rycerz Kontratakuje - Frank Miller na odlocie [recenzja]

stalker
Następny

Stalker - Giallo ze Szwecji [recenzja]

Marcin Waincetel

Marcin Waincetel

Absolwent kulturoznawstwa i filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Redaktor portali Paradoks, Booklips i Poltergeist, publikował na łamach magazynu „Coś na progu” oraz Geezmo. Osobowościowo zbliżony ponoć do Johnny’ego Deppa, a także Edgara Allana Poe, zakochany w X Muzie oraz wszystkich możliwych przejawach popkultury.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz