SERIALE 

Timeless – udane zabawy z czasem [recenzja]

„Timeless” łatwo przegapić wśród zalewu serialowych premier, bo ani o nim głośno, ani to specjalnie ambitna produkcja, tylko zwykły, telewizyjny zapychacz. Rzecz w tym, że to zapychacz udany i oglądanie go sprawia sporo przyjemności.

Z czego płynie ta przyjemność podczas śledzenia przygód podróżujących w czasie bohaterów? Jedna z odpowiedzi kryje sie już w samej frazie „podróże w czasie” – seriale bądź  filmy o tej tematyce zawsze są w stanie znaleźć duże grono odbiorców, mimo że tematyka wydaje się już doszczętnie wyeksploatowana. Coś takiego jednak zawsze jest w stanie zaintrygować widza, najbardziej zaś chyba w obszarze konsekwencji, jakich doświadczają bohaterowie tego typu historii, wraz ze światem wokół ich. Każdy z nas nie raz zastanawiał się, co by było gdyby istniała możliwość  cofnięcia się w czasie i zapobiegnięcia jakimś wydarzeniom – niekoniecznie tym o wymiarze historycznym, ale też takim zwykłym, bezpośrednio nas dotyczącym. I rodzaj takiej zabawy dostajemy właśnie w „Timeless”.

Twórcy sprawnie wyważyli balans między lekkim, czasami komediowym tonem serialu a dramatycznymi reperkusjami, które stoją nie tylko za zgubnymi skutkami podróży w czasie, ale i za indywidualnymi, często moralnie trudnymi decyzjami bohaterów.

Fabuła nie jest zbytnio skomplikowana, choć istnieje prawdopodobieństwo, że po solidnej dawce odcinków i czasowych zawirowań odpowiednio się pogmatwa. Wprowadzenie w intrygę jest szybkie i bezbolesne i to chyba dobrze, bo po co nam dłużej się zastanawiać nad wątpliwymi kwestiami? Oto mamy terrorystów, którzy kradną maszynę czasu wymyśloną przez pewnego czarnoskórego geniusza, maszynę o istnieniu której, aż do tej niefortunnej chwili nie wiedział nawet rząd USA. Terroryści udają się w podróż do dnia katastrofy sterowca „Hindenburg” w 1937 roku. Dlaczego akurat tam? Tę kwestię ma wyjaśnić utworzona w przyśpieszonym trybie grupka specjalistów – pani historyk, żołnierz wojsk specjalnych i programista, mający obsługiwać ich środek transportu, czyli drugą maszynę, która powstała wcześniej, jako prototyp tej ukradzionej. Do tego momentu dochodzimy bardzo szybko i zaczynamy zabawę z podróżami w czasie.

Twórcy sprawnie wyważyli balans między lekkim, czasami komediowym tonem serialu, a dramatycznymi reperkusjami, które stoją nie tylko za zgubnymi skutkami podróży w czasie, ale i za indywidualnymi, często moralnie trudnymi decyzjami bohaterów. Sytuacja od razu postawiona jest na głowie. Ot choćby w pierwszym odcinku terroryści chcą zapobiec katastrofie „Hindeburga”, natomiast ci dobrzy muszą im w tym przeszkodzić, bo przecież gdy katastrofa nie dojdzie do skutku, historia może ulec naprawdę dużej zmianie. Dość szybko wychodzi na jaw, że przywódca terrorystów, niejaki Garcia Flynn ma najprawdopodobniej diaboliczny plan, a mianowicie całkowita zmianę początków historii USA – a co z tego może wyniknąć, właściwie aż strach pomyśleć.  Przy tym, ma to jeszcze jedno, głębsze dno. Fabuła jest o tyle ciekawie rozegrana, że w pewnej chwili przebiega nam przez głowę myśl, iż może wcale nie chodzi o zmianę przeszłości, a bardziej odkręcenie tego, co już zaszło, co już ktoś zmienił – bo być może historia świata którą wszyscy dobrze znamy, jest wynikiem takiej właśnie ingerencji.

Proszę bardzo, takie to myśli rodzą nam się w głowach podczas oglądania tego typowo rozrywkowego i przecież schematycznego w formie serialu. Schematyczne są postacie i te dobre, i te złe (choć kto wie, sytuacja może się odwróci), aktorstwo poprawne, ale i zdarzają się scenariuszowe perełki, jak ta z rolą czarnoskórego programisty – dla niego każda z podróży w czasie jest dużym wyzwaniem, bo przecież podąża do przeszłości, w której jak sam mówi, nie ma dla niego dobrego momentu w amerykańskiej historii. Mimo swej przewidywalności „Timeless” po prostu dobrze się ogląda i miło spędza przy nim czas. Są przecież chwile, kiedy odczuwamy potrzebę za typowym, popkulturowym zapychaczem, a że jeszcze możemy pogłówkować przy nim nad czasowymi paradoksami, oglądanie nowej produkcji stacji NBC staje się tym fajniejsze. A zatem czekamy – może nie z utęsknieniem, ale na pewno z ciekawością – na kolejne odcinki.

bunkier-t2
Poprzedni

Bunkier #2: Punkt Zero - Pustynne Szczury [recenzja]

Egmont
Następny

Thor Gromowładny #01: Bogobójca - Detektyw Thor [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz