SERIALE 

Vinyl – rockmeni z ferajny [recenzja]

Martin Scorsese wspólnie z Mickiem Jaggerem opowiadają o szalonych latach 70. i bezlitosnej branży muzycznej. „Vinyl” to kapitalna rekonstrukcja epoki. Ale też i bolesny dowód na to, że Martin Scorsese stał się niewolnikiem samego siebie.

 

Oglądając „Vinyl” przypomniała mi się anegdota. Rzecz miała miejsce w 1972 roku. Przyjaciel młodego Martina Scorsese, wybitny reżyser i aktor John Cassavetes, po obejrzeniu na specjalnym pokazie jego najnowszego filmu „Boxcar Bertha” wstał i oburzony krzyknął: – Marty! Straciłeś rok życia na nakręcenie gówna!

Po latach w autobiografii „Pasja i bluźnierstwo” Scorsese przyznał, że awantura, jaką zrobił mu Cassavetes, była punktem zwrotnym w jego karierze. To wtedy zdecydował się ostatecznie porzucić kino gatunkowe i kręcić filmy własne – wymykające się łatwym klasyfikacjom gatunkowym. Wkrótce powstały takie arcydzieła, jak „Ulice nędzy” (1973), w którym Scorsese pokazał, że można sprawnie połączyć opowieść o grzechu i katolickim poczuciu winy z historią dorastania w gangsterskiej dzielnicy, czy „Taksówkarz” (1976) – dramat psychologiczny pomieszany z kinem zemsty i gorzkim rozliczeniem z wojną w Wietnamie. „Wściekły byk” (1980) – przełomowe podejście do filmowej biografii. Legendarny już obraz „Chłopcy z ferajny” (1990) jest paradokumentalnym, nowatorskim dramatem gangsterskim.

W ostrej wymianie zdań z Cassavetesem nie chodziło o to, że „Boxcar Bertha” był niedobrym filmem (nie był), lecz zbyt prostym jak na możliwości reżysera. Od tamtej pory kino gatunkowe stało się dla Scorsese synonimem filmowego pójścia na łatwiznę, którego on za wszelką cenę postanowił unikać. Oglądając pilotowy odcinek serialu „Vinyl” ta historia wróciła. Nie przez przypadek. Otóż trudno nie odnieść wrażenia, że „Vinyl” to taki serialowy odpowiednik „Boxcar Bertha” – niby dobry film, ale poniżej możliwości. Gigantyczny krok wstecz. Czy raczej kolejny krok wstecz, bo od kilku lat Scorsese w swoich fabułach bezustannie się cofa. Zupełnie jakby gdzieś do „Chłopców z ferajny” poszukiwał, ryzykował i się rozwijał, a potem powoli zaczął okopywać się na pozycji współczesnego klasyka.

W swoich najgłośniejszych i najważniejszych filmach zrealizowanych po 1990 tak naprawdę stale bawił się wymyśloną przez siebie narracją, zmieniając tylko rekwizyty. W „Kasynie” włoską mafię zastąpił żydowską. W „Infiltracji” wrzucił w schemat irlandzką, a w „Wilku z Wall Street” mafię podmienił na maklerów. Nie udała się wybitnie próba powtórzenia „Taksówkarza”, czyli „Ciemna strona miasta”, a seria filmowych biografii z początku wieku to filmowa konfekcja. To oczywiście, nie znaczy, że Scorsese stracił reżyserski pazur. Nie. Tyle, że od fabuł o wiele lepiej zaczęły wychodzić mu muzyczne dokumenty z fenomenalnym „No Direction Home” na czele. Kiedy zatem ogłoszono, że Scorsese będzie realizował na zlecenie HBO serial o świecie muzycznym z końcówki lat 70., ucieszyłem się jak mało kto. W końcu muzyka to coś czym reżyser żyje niemal od początku swojej kariery (otwarcie „Ulic nędzy” z fenomenalnym wykorzystaniem „Be My Baby” The Ronettes to moje ulubione otwarcie filmowe), a zatem połącznie muzyki i biograficznej historii (tu pomagał Mick Jagger) mogło być najlepszą rzeczą jaką dał światu Scorsese od czasów „Chłopców z ferajny”. Niestety nie jest.

Są oczywiście w „Vinylu” rzeczy kapitalne. Świetna jest obsada. Znakomitym pomysłem było obsadzenie Raya Romano w roli, kompletnie innej niż zabawny fajtłapa z „Wszyscy kochają Raymonda”. Scenografia przenosi nas do epoki, muzyka pulsuje ( i jest znakomicie zróżnicowana od popu, przez rocka, bluesa, po narodziny punk rocka), dzięki czemu na dwie godziny pilota przenosimy do Nowego Jorku lat 70. Problem pojawia się w chwili, kiedy zaczynamy przyglądać się nie temu ,jak wygląda „Vinyl”, a jak jest opowiedziany.

Od otwierającej sceny, w której nawalony Richie Finestra kupuje narkotyki dopada nas poczucie deja vu. Scorsese bowiem znów to zrobił. Przez dwie godziny cytuje sam siebie. A raczej swoich „Chłopców z ferajny”. W „Vinylu” chyba najbardziej bezczelnie z wszystkich swoich filmów. Zatem mamy tu tak samo „tańczącą” kamerę, identyczną jak w „Chłopcach…” scenę z trupem w bagażniku. Cwaniackie rozmowy bohaterów, mafijne układy, nawet kij bejsbolowy pojawia się w niemal bliźniaczej sekwencji.  Jest tu oczywiście kilka różnic. Ponieważ „Vinyl” jest serialem, przemoc, seks i narkotyki pojawiają się tu w wersji light. Zamiast zatem 323 fucków, mamy raptem może piętnaście itp.

Mam oczywiście świadomość, że piszę to wszystko z punktu widzenia fana, że przeciętny widz, nie zauważy podobieństw, albo będą go bawiły. Mnie nie bawią. Scorsese jest jednym z najważniejszych współczesnych reżyserów. Człowiekiem, który zmienił kino i sposób narracji. Moment, w którym cytuje sam siebie, zamiast powodować u mnie uśmiech na twarzy, budzi żal. Wciąż mam nadzieję, że twórca „Alicja już tu nie mieszka” w końcu się przebudzi. Że przestanie być niewolnikiem własnego stylu, a odważy się opowiedzieć coś nowego. Niestety produkcje takie, jak „Vinyl” tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że to nie nastąpi już nigdy.

Centralia, Pennsylvania
Poprzedni

Silent Hill i inne gry inspirowane rzeczywistością

Egmont
Następny

Era Ultrona - intrygująco ale i sztampowo [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz