SERIALE 

Westworld 01×01 – ludzie jak bogowie i androidy na elektrycznych koniach [recenzja]

Zadebiutował „Westworld” wyprodukowany prze HBO i wszystko wskazuje na to, że przez dziesięć tygodni będziemy obcować z naprawdę niezwykłym serialem science-fiction.

O czym śnią androidy? Kiedyś podobne pytanie skonkretyzował Philip K. Dick, a „Westworld” stanowi w pewnym sensie rozwinięcie dociekań wielkiego pisarza. Ale zanim przejdziemy do naszych własnych dociekań narosłych po obejrzeniu pilota stacji HBO, na chwilę zagłębmy się w przeszłość.

W przeszłości znajdziemy choćby takie kamienie milowe filmowej fantastyki jak „Terminator”, czy „Łowca androidów”. Gdybyśmy jeszcze do tej dwójki dorzucili „Świat Dzikiego Zachodu” okazałoby się, ile te wielkie klasyki wzięły od tej wcześniejszej (1973) i o wiele mniej znanej produkcji ze scenariuszem i w reżyserii Michaela Crichtona. Crichtonowi, sypiącemu w swych powieściach niesamowitymi pomysłami być może reżyserowanie „Świata Dzikiego Zachodu” nie do końca wyszło, ale nie zmienia to faktu, że fabuła z imitującymi ludzi robotami stała się inspiracją dla przywołanych powyżej (jak również wielu innych) filmowych obrazów. A już rola niezapomnianego Yula Brynnera jako  robota-rewolwerowca, w mnogości detali kojarzy się od razu z Terminatorem granym przez Arnolda Schwarzennegera.

[quota align=’right’]Wprowadzenie w realia świata przedstawionego, zarówno po stronie androidów i ich twórców od razu buduje zalążki pod fascynującą fabułę, w której będą ścierać się uniwersalne i zarazem kontrowersyjne idee.[/quote]

Czym jest tytułowy „Westworld” w filmie i w serialu? Udoskonalonym rodzajem Disneylandu dla ludzi (przybyszów), odwzorowującym scenerię Dzikiego Zachodu, zamieszkałym przez specjalnie zaprogramowane androidy (gospodarzy), dzięki którym goście tego swoistego parku rozrywki mogą bawić się na całego, łącznie z uprawianiem seksu i bezkarnym zabijaniem robotów. Chodzi zatem o dreszczyk emocji, o odreagowanie, o ustawienie się trochę w roli Boga i tym samym dysponowanie boską w tym świecie mocą. Ty możesz zabić robota, robot zaś nie może zabić ciebie, czego dowód widzimy już w pierwszych kilkunastu minutach serialu. Problem w tym, że to przecież maszyny, a maszyny jak wiadomo, mogą się psuć, mogą mieć usterki. Czy zatem istnieje możliwość, że podczas hipotetycznej awarii robot nie wykona żądanej instrukcji, a nawet więcej, wykona zupełnie inną i zupełnie nieprzewidzianą? Z tym problemem zapewne będziemy obcować w kolejnych odcinkach, na razie twórcy zasygnalizowali, że z zamieszkującymi Westworld gospodarzami mogą być problemy. Ale te problemy zostały przecież przedstawione w znacznie szerszym kontekście, niż może sugerować powyższy opis.

Za sterami serialu HBO stoi bowiem Jonathan Nolan, współtwórca wielkich, reżyserskich hitów swojego brata, Christophera. Dzięki temu jednemu nazwisku zyskujemy pewność, że będziemy mieli z produkcją niebanalną, przemyślaną i przeznaczoną dla dojrzałego widza. I rzeczywiście, pilot serialu stanowi wyjątkowe doświadczenie. Wprowadzenie w realia świata przedstawionego, zarówno po stronie androidów i ich twórców od razu buduje zalążki pod fascynującą fabułę, w której będą ścierać się uniwersalne i zarazem kontrowersyjne idee, kierując widza na ścieżki rozmaitych interpretacji. Tak, to wciąż rozrywka, ale głęboka i zmuszająca do myślenia. Często karkołomnego w sądach, bo przecież z twórczą świadomością zmanipulowanego przez zaskakujący i niejako odwracający role scenariusz. Bo komu będziemy kibicować? Ludziom, którzy czynią maszynom piekło, nieważne, czy te przebywają aktualnie w funkcji jawy, czy w funkcji ich snu? Ale czym się przejmujemy, skoro maszyny nawet nie mają tego świadomości. A co, gdyby nagle tę świadomość zyskały?

Ale to już było, można się żachnąć w tym momencie. Nie raz i nie dwa i przecież nie da się przeskoczyć „Łowcy Androidów”. Cóż, nie o przeskakiwanie tu chodzi, ale o samą opowieść, o to, o czym pisał już kiedyś cytowany w serialu William Szekspir. O to, żeby poznawać prawdę o nas samych, bo tego nigdy dość. Takie dzieła jak „Łowca Androidów” i „Westworld” są potrzebne dla jej utrwalania, dla przeżywania kolejnego katharsis, dla przypominania bądź uświadamiania sobie tego, jacy jesteśmy.

A zatem oglądajcie. Jest tu nieśpieszna, ale jakże angażująca emocjonalnie, intrygująca fabuła. Jest tajemniczy Ed Harris, jest Anthony Hopkins (wreszcie w roli odpowiadającej jego formatowi), jest Evan Rachel Wood jako piękna i niezwykle istotna dla fabuły Dolores, za każdym razem zaczynająca tak samo swój dzień gospodarza. Jest też Louis Herthum jako jej ojciec, z niepozorną z początku, a później jakże przejmującą rolą, która nagle staje się symbolem pragnienia zmiany. Zmiany własnego życia, zmiany świata, zmiany rzeczywistości. Czyli wszystkiego, co najważniejsze. Jeszcze raz – oglądajcie!

UIP
Poprzedni

Nie oddychaj – półtoragodzinna dawka emocji [recenzja]

thunderbolts-02-czerwony-postrach-okladka
Następny

Thunderbolts #2: Czerwony postrach – nowy scenarzysta na ratunek [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz