SERIALE 

Wynonna Earp – z coltem na demony [recenzja]

Nazwisko bohaterki z tytułu nowej produkcji stacji SyFy powinno wywołać u widzów natychmiastowe skojarzenia. Czyżby w serialu „Wynonna Earp” fantastyka miałaby spotkać się z westernem?
Pierwszy odcinek „Wynonny Earp” nie budzi może entuzjazmu widza, ale jest solidną, telewizyjną produkcją. Można ponarzekać na efekty specjalne, ale ich przaśność w jakiś sposób pasuje do charakteru serialu.

Cóż, w pewnym sensie tak. Fabuła nowego serialu co prawda nie rozgrywa się w czasach Dzikiego Zachodu, tylko współcześnie, ale za to opowiada o potomkini jednej z najsłynniejszych postaci tamtego okresu. Wyatt Earp to przecież ikona zarówno amerykańskiej historii, jak i popkultury. Na dźwięk tego nazwiska od razu przychodzi na myśl strzelanina w O.K. Corral,  Tombstone, trzydzieści strzałów w trzydzieści sekund oraz nie mniej znany od Earpa Doc Holiday i pozostali bohaterowie najsłynniejszej potyczki Dzikiego Zachodu, której przedstawienie można było chłonąc na kinowych i telewizyjnych ekranach w dziesiątkach wersji. Twarz słynnego stróża prawa, który według słów padających w serialu SyFy posłał na wieczny odpoczynek siedemdziesiąt siedem osób, przybierało wiele hollywoodzkich gwiazd – między innymi Kevin Costner, Kurt Russell i Henry Fonda. Fakt, że tym razem nazwisko Earp nosi pewna młoda, atrakcyjna, ale też zadziorna dama, to coś raczej nowego. Pomysł wyjściowy zatem niby intrygujący, ale reszta to już coś, co przez ostatnie lata telewizja wałkuje czasami do znudzenia w przeróżnych konfiguracjach. „Constantine”, „South of Hell”, „Nie z tego świata”, „Ash vs Evil Dead”, „Jeździec bez głowy”, „Grimm”, czyli w wielkim skrócie – polowanie na demony.

Trochę szkoda, że twórcy serialu nie zostawili w pierwszym odcinku odcienia niepewności co do rozwoju fabuły i charakteru świata przedstawionego, tylko walnęli od razu z grubej rury.  Jest noc, autobus łapie gumę, z dala dochodzą tajemnicze wrzaski, ale i tak jedna pasażerka wychodzi na siku, mimo że druga ją przed wyjściem na zewnątrz przestrzega. Potem następują sceny niczym z „Martwego zła”, wrzaski jeszcze bardziej się potęgują i czarnowłosa pasażerka autobusu, która przestrzegała przed jego opuszczeniem, chcąc nie chcąc, rusza by sprawdzić co się dzieje. Za niedługo znajduje głowę niefortunnej pasażerki nabitą na sterczący kij, a po chwili czeka ją pojedynek z demonem. W pojedynku radzi sobie całkiem nieźle, ponieważ nagle ujawniają się jej ponadprzeciętne zdolności i daje kreaturze niezłego łupnia. Oto Wynonna Earp, powracająca (piechotą, bo autobus odjechał) po latach nieobecności do rodzinnego Purgatory(!).

Smutną okazją do powrotu bohaterki jest pogrzeb wujka oraz narastające podejrzenia, że nie zmarł on w sposób naturalny. Po dawce gore z prologu twórcom należy się garść pochwał, za sprawne wprowadzenie widza w realia świata amerykańskiej prowincji,  na której wciąż, dzięki dosadnemu sportretowaniu poszczególnych bohaterów, na czele z ich mentalnością, czuje się ducha Dzikiego Zachodu. Co prawda ów obraz nie ma ciężaru znanego choćby z „Justified”, ale klimat bezprawia i rozdziału od funkcjonującej gdzieś tam współczesności udało się całkiem dobrze odmalować.  Wspomnianą współczesność reprezentuje tu jedynie czarnoskóry i nieco tajemniczy funkcjonariusz rządowy, rzecz jasna brylujący w garniturze, pod krawatem, który co i rusz wchodzi w drogę tytułowej bohaterce. A wokół niej samej zaczynają dziać się coraz dziwniejsze, coraz bardziej tajemnicze rzeczy. Powolutku dowiadujemy się o co w tym wszystkim chodzi, skąd biorą się demony i na czym polega klątwa, która spadła na potomków Wyatta Earpa. Wygląda na to, że jednak bohaterka nie urwie się z Purgatory tak jak zakładała, zaraz po pogrzebie, bo będzie miała ręce pełne roboty. Ale także niespodziewanych pomocników.

Pierwszy odcinek „Wynonny Earp” nie budzi może entuzjazmu widza, ale jest solidną, telewizyjną produkcją. Można ponarzekać na efekty specjalne, ale ich przaśność w jakiś sposób pasuje do charakteru serialu. Sprawdza się również odtwarzająca Wynonnę bohaterka, która na tle tabunów młodych aktorów zaludniających amerykańskie seriale wyróżnia się naturalnością, sposobem gry i pomysłem na postać. To po prostu twarda babka po cięzkich przejściach z dzieciństwa, autentyczna w zachowaniu i przede wszystkim nieprzerysowana. Serial ma w ogóle komiksowy pierwowzór, dość  odbiegający od wizerunku bohaterki i tonu serialu. Jeśliby spekulować co do jego przyszłości, to niebezpieczeństwo tkwi we – wszystko na to wskazuje – proceduralnym charakterze „Wynonny Earp”. Jeśli każdy odcinek ma dotyczyć innej sprawy, to próżno myśleć o oryginalności, trzeba się przygotować na powielanie powielanych już dziesiątki razy schematów. Dobrze by było, gdyby tak jak w pilocie, zagłębiono się bardziej  w historię Dzikiego Zachodu i skonfrontowano jego mity z otoczką współczesności. Jednak jak to wyjdzie w praktyce, dopiero się okaże. W każdym razie, najfajniej wyglądał i funkcjonował w pierwszym odcinku colt „Peacemaker”, należący niegdyś do Wyatta Earpa, z którego Wynonna ostrzeliwała demony. Miało to swój urok, bo rzeczywiście western łączył się tu z fantastyką. Oby w nowym serialu to połączenie udało się jak najlepiej.

wirus upadek
Poprzedni

Wirus / Upadek - próby wskrzeszenia naprawdę strasznych wampirów [recenzja]

nocny kochanek hewi metal
Następny

Hewi metal - Nasz własny Spinal Tap [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz