KOMIKS 

Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Najbardziej niebezpieczni – Liga nieścisłości [recenzja]

Drużyny komiksowych złoczyńców zawsze się sprzedają – na papierze i na ekranie. Im dalej ich heroiczne czyny leżą od litery prawa, tym lepiej. DC Comics postanowiło dołożyć kolejną cegiełkę do kolekcji – Amerykańską Ligę Sprawiedliwości. Komiks z ogromnym potencjałem, cierpiący jednak na typowe dla drużynówek choroby.
Mimo wszystkich wad, warto zobaczyć Amerykańską Ligę Sprawiedliwości w akcji. Mam przeczucie, że na naszych oczach rodzi się kawał całkiem wciągającej, soczystej rozrywki.

Czym nowa drużyna różni się od klasycznej Ligi Sprawiedliwości? Jej członkowie byli dobierani według bezwzględnej skuteczności – oraz tak, by mogli skontrować moce klasycznego JLA – Batmana, Supermana czy Wonder Woman. Nie liczy się, z której strony barykady pochodzili. Bohaterowie, przestępcy, istoty o dosyć wątpliwej moralności. W szeregi Amerykańskiej Ligi Sprawiedliwości wchodzi zarówno Catwoman, Hawkman, Nightwing, Martian Man-Hunter, Katana, jak i kilka innych osób. Wszystko pod dowództwem pułkownika Steve’a Trevora (ex-kochanek Wonder Woman). Działają z polecenia rządu Stanów Zjednoczonych.

Powołanie nowej ekipy jest odpowiedzią na lęki o potęgę i niezależność oryginalnej Ligi Sprawiedliwości. Po komiksach tego uniwersum już od dawna krążą pytania „a co, jeśli najpotężniejsi się zbuntują?” (to echa m.in. „Kryzysu Tożsamości”). Historia stawia kilka pytań, między innymi o pokrywanie niezbyt moralnych czynów i intencji ładnym PRem.

Szczerze? Najwyraźniej ktoś pozazdrościł Marvelowi „Thunderboltsów” od Warrena Ellisa. Tamten komiks połączył opowieść o drużynie psychopatów z paroma bardzo aktualnymi pytaniami o kondycję polityki, mediów i społeczeństwa. I wszystko byłoby w porządku, oczekiwanie od super-bohaterskich komiksów oryginalności to martwy przepis. Od dawna. „Amerykańska Liga Sprawiedliwości” cierpi jednak na kilka dolegliwości, które ciężko wybaczyć.

Pierwszą jest niespójność i chaos. Album złożono z dwóch serii komiksowych. Scenarzysta z jednej strony próbuje zawiązać dosyć ciekawą intrygę, z drugiej przedstawić nam szwadron bohaterów.  Próba upieczenia zbyt wielu pieczeni na jednym ogniu poskutkowała poszatkowaną narracją, która momentami zwyczajnie odbiera przyjemność z czytania. Każde z nich ma za sobą trudną przeszłość, niczym licealista z „Młodych Gniewnych”. Każde rwie się do czynu. Niektórzy bohaterowie kradną naszą uwagę innym bohaterom. Chociażby Catwoman czy Marsjański Łowca. Niektórym poświęcono całe rozdziały, które ładnie wprowadzają w nowe biografie. W przypadku innych scenarzysta zakłada, że znamy ich wystarczająco dobrze, by nie zadawać zbyt wielu pytań.

I tu pojawia się kolejny problem. Komiks należy do linii Nowe DC Comics, czyli odnowionego, zrebootowanego świata z pozmienianą i wyklarowaną historią. Teoretycznie nowy czytelnik powinien mieć niski próg wejścia, ale w praktyce nie wyszło tak różowo. „Amerykańska Liga Sprawiedliwości” jest nitką mocno wplecioną w większą sieć powiązań fabularnych. Wiele relacji zbudowanych jest na niuansach, które ciężko odczytać bez znajomości innych historii.

Dialogi są… ledwie przeciętne. Poprawne. Dosyć rzadko czuć chemię między poszczególnymi postaciami, zaś same wypowiedzi pozbawione są pazura.

Paradoksalnie, mimo wad, trafiają się tu momenty błyskotliwe, olśniewające, niektóre partie historii są bardzo ładnie puentowane. Zapraszają nas nastrojem, tajemnicą.

Ciężko mi ocenić warstwę graficzną. Trafiają się tu słabe kadry, ale niektórzy rysownicy wręcz zachwycają swoimi pracami. Zwłaszcza w pierwszych rozdziałach plansze wciągają gęstym, nieco wiktoriańskim klimatem i szczegółami. Nawet, jeśli wyglądają, jakby ktoś zapatrzył się w komiksy Jima Lee.

Mimo wszystkich wad, warto zobaczyć Amerykańską Ligę Sprawiedliwości w akcji. Mam przeczucie, że na naszych oczach rodzi się kawał całkiem wciągającej, soczystej rozrywki. O ile tylko twórcy uporają się z hermetycznością i chaosem.

Marvel
Poprzedni

Przewodnik po Mrocznej Wieży w świecie komiksu

Nova Productions
Następny

Światy Philipa K. Dicka - płyną łzy moje [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz