KOMIKS 

Amerykański Wampir tom 6 – Głęboki oddech [recenzja]

Skinner Sweet wraca w następnym rozdziale „Amerykańskiego Wampira” i znowu sieje zamęt! No, nie do końca, ale i tak dostaliśmy ciekawą propozycję od Snydera i spółki. Tym razem mamy bowiem do czynienia z antologią krótkich, komiksowych opowiadań.
Tom szósty należy traktować jako chwilę oddechu, ciszę przed nadciągającą nawałnicą.

Przyznam, że seria o nowym gatunku krwiopijców urzekła mnie, jak dawno żadna propozycja od Vertigo. Ma ten mrok, klimat i coś niesamowicie wyrazistego. Prawdziwego, artystycznego pazura skrytego za stosunkowo prostymi, ale dobrze splecionymi rozwiązaniami. Seria jest znakomitym przykładem na to, jak z ogranych motywów wyciągnąć jeszcze coś całkiem świeżego i elektryzującego. Intensywnego. Nic więc dziwnego, że nie tylko Snyder chce w tym brać udział i dopuszcza też innych scenarzystów. Jak sobie poradzili?

Nie wodząc Was dłużej za nos – bardzo dobrze. Tak jak i Snyder, który odcisnął na tym tomie piętno nie tylko na poziomie edytorskim, ale też dorzucił parę stron scenariusza od siebie.

Dostaliśmy do rąk bardzo zróżnicowaną przekrojówkę, która przedstawia nam zarówno nowych bohaterów, jak i przywraca do łask kilku starych znajomych.

Niektóre z historyjek zabierają nas do korzeni serii, na Dziki Zachód i do Las Vegas, inne przeciągają przez nowe rewiry. Mógłbym wrzucić kilka nieinwazyjnych spoilerów i zdradzić, kto co, gdzie jak, ale najlepiej, byście odkryli to sami, opowieści zachowują bowiem tę świeżość i prostotę reszty serii, są jednak bardziej zwarte. Dzięki temu z łatwością można zauważyć, że historie zachowały serce – opowiadają przede wszystkim o ludziach postawionych w sytuacji ekstremum. Nawet, jeśli niektórzy z nich mają trochę dłuższe zęby i nieortodoksyjną orientację kulinarną. Wciąż czuć tu amerykańskiego ducha. Najlepiej w antologii odnajduje się Snyder, jedna czy dwie historyjki nieco zniżają loty, ale to wciąż jest bardzo przyzwoity poziom.

Graficznie zachowano spójność, mimo, że do gry oprócz Albuquerquego weszło kilku innych rysowników (choć to on trzyma najwięcej klimatu). I mimo różnic w stylistyce, udało się zachować drapieżny nastrój głównej serii.

Biorąc pod uwagę, że wątki w poprzednich tomach coraz bardziej splatały się w całość, mimo epizodycznego charakteru poszczególnych rozdziałów – tom szósty należy traktować jako chwilę oddechu, ciszę przed nadciągającą nawałnicą.

Ogólnie wolę, gdy w tomie zamknięta jest twórczość jednego autora i kilka bardziej rozbudowanych opowieści (łatwiej wtedy złapać rytm historii), ale dla miłośników „Amerykańskiego Wampira” oraz dla szukających bardzo przyzwoitej porcji grozy – jest to pozycja obowiązkowa. Niektóre wypadają z pamięci stosunkowo szybko, ale i tak dostarczają przyjemnej lektury.

Dzika Banda
Poprzedni

Salvador Sanz - Niekoniecznie trzeba iść do szkoły, żeby nauczyć się rysowania [wywiad]

Netflix
Następny

Marseille - nuda, sztampa i trochę golizny [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz