KOMIKS 

Avengers #2: Ostatnie białe zdarzenie – wprowadzenie do większej opowieści [recenzja]

Kolejny tom przygód Avengers wspina się na następny poziom zagmatwania fabularnego. Scenarzysta Jonathan Hickman nie daje czytelnikom taryfy ulgowej i proste dotychczas opowieści superbohaterskie zamienia w skomplikowaną i rozciągniętą w czasie epopeję.

Takie podejście może nie podobać się wielu odbiorcom, przyzwyczajonym do obcowania z niewymagającą zbytniej aktywności umysłowej rozrywką. Autor nie daje prostych rozwiązań, raczej podrzuca strzępy informacji do coraz to nowych wątków. Tym samym udaje mu się stworzyć unikalną atmosferę zagrożenia, bezradności i oczekiwania na zagładę niewiadomego pochodzenia. Choć Ziemia stanie się centrum wydarzeń o skali wszechświatowej, to akcja, która je wywoła rozgrywa się niezależnie od bohaterów, gdzieś na krańcach kosmosu i rzeczywistości. Avengersi póki co mierzą się z echami tych wypadków, a ich ogrom jeszcze nie jest im znany.

Fabuła “serii Avengers” i “New Avengers” jest ze sobą ściśle powiązana i rozpisana na dziesiątki rozdziałów. Nie ma więc takiej sytuacji, że każdy tom stanowi osobną całość, gdzie pojawia się kolejny przeciwnik do tłuczenia. Hickman zgrabnie i z rozwagą rozplanował wszystkie wątki, które w efekcie doprowadzą do wydarzenia zwanego Nieskończonością, a w finale do Secret Wars, które wywróci uniwersum Marvela do góry nogami. Nie jest to więc lektura łatwa i może nie zawsze przyjemna, ale jako całość stanowi interesujący eksperyment narracyjny. Tym bardziej, że scenarzysta wplata weń mnóstwo odniesień do naukowych teorii i futurologii, a i sam wymyśla interesujące koncepty, tworząc zupełnie nową jakość.

Oczywiście w albumie nie zabraknie typowej superbohaterszczyzny, czyli potyczek i łomotania po głowach. Są one raczej dodatkiem do leniwie snującej się opowieści, ale też jak nigdzie indziej wychodzi ich zupełna bezsensowność i bezcelowość. Bo to co Avengersi mogliby załatwić odrobiną empatii i merytorycznym dialogiem, załatwiają pięściami i laserami. No ale bez tego cały dramatyzm ległby w gruzach, a nie można pozwolić aby czytelnik się nudził.

“Ostatnie białe zdarzenie” to wciąż wprowadzenie do znacznie większej opowieści, ledwie jej przedsionek, i zupełnie nie broni się jako autonomiczny album. Ale nie takie jest jego przeznaczenie, tak więc tę serię można albo kochać albo nienawidzić. A w każdym razie warto spróbować zmierzyć się z nią samemu.

Sony
Poprzedni

Until Dawn - Ty wybierasz, kto umiera [recenzja]

Sundance Institute
Następny

Festiwal Sundance – święto niezależnego kina

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz