KOMIKS 

Avengers #3: Preludium Nieskończoności – za dużo wody w benzynie [recenzja]

Trzeci tom “Avengersów” Hickmana to kolejny przystanek na niewiarygodnie długiej trasie prowadzącej do “Nieskończoności”. Niestety tym razem cholernie nudny i zbyt długi.

Szkoda trochę, że naprawdę pomysłowi twórcy, którzy, gdy dać im pełną swobodę, tworzą naprawdę świetne opowieści, w momencie gdy trafiają pod dachy wielkich korporacji zarządzającymi dochodowymi franczyzami, podcina się im skrzydła. Jonathan Hickman popis swych umiejętności daje w tytułach realizowanych dla Image Comics, a w Marvelu, ich sto procent pokazał w “Fantastic Four”, serii, która skazana była na zamknięcie, toteż pozwolono mu z nią zrobić co tylko zapragnął. Efektem tego był jeden z najlepszych runów w historii tego miesięcznika, ale podobnej swobody nie dano mu przy flagowym tytule, czyli “Avengersach”. Wpływ redaktorów-którzy-wiedzą-lepiej, widoczny jest od pierwszego tomu, co objawia się strasznie rozciągniętą fabułą, a apogeum tego oddziaływania przypada na “Preludium nieskończoności” – sześcio-zeszytowym albumie, który równie dobrze mógłby się zamknąć w jednym trzydziesto-stronicowym rozdziale.

Na rozgrzewkę otrzymujemy rozdział pt. “Rozwijajcie się”, w którym Thor i Hyperion zacieśniają więzi, trochę przez gadkę o dupie Maryni, a trochę przez wspólne stawienie czoła nieoczekiwanemu przeciwnikowi. Na główną fabułę ta opowieść nie ma kompletnie wpływu i bardziej służy jako rozcieńczacz dla wątku przewodniego. Dalej mamy historię tytułową, w której scenarzyści (Hickman w całym tomie wspomagany jest przez Nicka Spencera) zaczynają domykać zagadnienia pojawiające się w poprzednich tomach, czyli w rozwlekły sposób dowiadujemy się po co było to całe zamieszanie z Ogrodnikami, Starbrandem i bombami genezy. Niestety rozwiązanie mocno rozczarowuje i bez trudu można je było przewidzieć. Poza tym nie mogę pozbyć się wrażenia, że do celu tej opowieści można było dotrzeć znacznie szybszą, mniej skomplikowaną i nieobfitującą w niepotrzebne mordobicie drogą. Trochę czuję się oszukany jak kierowcy samochodów, którym do wysokooktanowej benzyny dolano zbyt dużo wody, przez co otrzymali półprodukt marnej jakości.

Poprzednie tomy “Avengersów” oceniałem wyżej, ale przyznam, że spodziewałem się naprawdę znacznie lepszego i ciekawszego rozwinięcia postawionych kwestii. Wszystko wskazywało na to, że to rozstawianie figur na szachownicy służyło czemuś bardziej konkretnemu niż tylko rozbuchanej i efektownej akcji. Niestety wyszło jak zawsze i to trzy-tomowe preludium do Nieskończoności w ogólnym rozrachunku zawodzi. Liczę jednak na to, że sama “Nieskończoność” okaże się opowieścią wartą poświęcenia jej czasu.

Scream Comics
Poprzedni

Królewska krew #1: Świętokradcze zaślubiny - krew, erotyka, manga, Jodorowsky [recenzja]

Dzika Banda
Następny

Salvador Sanz - Niekoniecznie trzeba iść do szkoły, żeby nauczyć się rysowania [wywiad]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz