KOMIKS 

Baśnie #17: Dziedzictwo Wiatru – rozdział mocno przejściowy [recenzja]

Po wielu fabularnych wybojach, wraz z siedemnastym tomem, Willingham wprowadza swoje „Baśnie” w nowy rozdział. Czy nam się spodoba?
Powoli kończą się bohaterowie, których naprawdę dało się lubić, a ci dotąd wiodący zostali lekko zepchnięci na bok.
Słowo daję, ciężko jest pisać coś nowego o cyklu, który liczy tyle tomów. Wypuszczanych regularnie. Cykl o Bigbym i spółce towarzyszy nam już od dobrych kilku lat i przez cały ten czas otrzymywaliśmy po prostu kolejne elementy jednej i tej samej układanki. Nowe tropy i wątki zawsze stanowiły po prostu wzbogacenie jednej, zmierzającej w konkretnym kierunku opowieści, która lada moment będzie miała swój koniec. Tylko nie jestem już do końca pewien, czy ten kierunek mi odpowiada.

Wielkie zagrożenie, które wypędziło naszych bohaterów z Baśniogrodu i z farmy zostało pokonane. Dokonał tego ojciec Bigby’ego, Północny Wiatr, poświęcając jednocześnie własne życie. Ten szlachetny czyn spowodował jednak lawinę konsekwencji – najważniejszą spośród nich jest pusty tron i poszukiwanie sukcesora. Bigby na dziedzica się nie nadaje, jest zbyt zbuntowany. Pozostają więc dzieciaki Wilka i Śnieżki – wnuczęta Północnego Wiatru. W sprawę wmieszają się jednak kuzyni zmarłego z innych stron świata. W międzyczasie małpa Buffkin prowadzi swoją małą krucjatę w innym świecie, a Róża powoli organizuje powrót na odbitą farmę.
Dotąd stałem za „Baśniami” murem. Ich wielowątkowość uznawałem za ogromną zaletę, pomagającą zgłębić bogactwo świata przedstawionego. Problem w tym, że powoli kończą się bohaterowie, których naprawdę dało się lubić, a ci dotąd wiodący zostali lekko zepchnięci na bok. Oczywiście można uznać to za wymianę pokoleniową, ale przecież „Baśnie” opowiadają o długowiecznych istotach, dla których czas ma znaczenie trzeciorzędne. No, chyba że to taki wybieg Willinghama. Wy tu sobie, dzieciaki, rządźcie, a ostatnie przygody będą należały do Bigby’ego, Śnieżki i reszty starej gwardii.

Niemniej, rozdrobnienie jest problemem całej serii od pewnego czasu. Wadą tomu 17 jest to, że poza historią przewodnią nic się tu nie wyjaśnia, a wątki poboczne momentami już męczą i służą jedynie za podbudowę pod następne, epickie wydarzenia. Sytuację ratują niespożyte pokłady wyobraźni Willinghama i zdolność do mieszania rozmaitych motywów w zwartą, spójną mozaikę. Wysoki poziom utrzymuje też nastrojowa, oparta o mocne cieniowanie kreska Buckinghama.
Cóż, „Dziedzictwo Wiatru” nie jest komiksem złym. Czyta się go nawet przyjemnie, choć bez większych rewelacji. Zakładam, że to po prostu kolejna cegiełka niezbędna, by poznać ostateczny rezultat intryg plecionych przez scenarzystę. Jeśli towarzyszycie serii od początku, to i tej części nie powinniście pomijać.

Okrutny-Miecz-KK-810x1291
Poprzedni

Okrutny miecz - powrót Syna Zdrajcy [recenzja]

czerwony-kapitan-b-iext38927095_e0
Następny

Czerwony kapitan - nierówny debiut Dominika Dana [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz