KOMIKS 

Batman. Detective Comics #5: Gothopia – O nietoperzu zbyt zachowawczo [recenzja]

Ciężko się stoi w cieniu Millera, Morrisona, Loeba – czy nawet Snydera – i reszty wielkich scenarzystów Batmana. Ciężko ma również czytelnik, spasiony i rozbestwiony pisarstwem gigantów. Jak bowiem po wieloletniej dawce takiego poziomu podchodzić do albumów pokroju „Gothopii”?
Ani nieco upiorna historia Man-Bata, ani utopia roztaczana w najważniejszych rozdziałach nie dorównują rozbiegówce poświęconej Jimowi Gordonowi.

Opisywany tom to ciąg luźno powiązanych opowieści, rozgrywających się w okolicach Roku Zerowego. Album otwiera historia o śledztwie Jima Gordona w sprawie skorumpowanych policjantów oraz samobójców. I choć ten epizod stanowi zaledwie rozbiegówkę do następnych rozdziałów, to został skonstruowany jak rasowe opowiadanie kryminalne z przyjemną puentą. Dalej mamy powrót naukowca zmieniającego się w Man-Bata (wielki, potworzasty nietoperz o nadludzkiej sile). Daniem głównym jest tytułowa „Gothtopia”, opowiadająca o Batmanie, który pewnego dnia budzi się w idealnie wyglądającym Gotham. Największym wyzwaniem dla Mrocznego rycerza jest pożar i paru niewydarzonych bandziorów oraz Poison Ivy paradująca po głównej ulicy, wykrzykując niezrozumiałe hasła. Jako wisienkę na torcie Batman otrzymuje partnerską relację z Catbird, nowym wcieleniem Catwoman. Wszystko wygląda pięknie, ale oczywiście, zmysł detektywa czuwa i dostrzega rysy w obrazie…

Jako bonus dostajemy też kilka niezobowiązujących opowiastek bawiących się różnymi stylami z długiej historii wydawniczej Batmana oraz lekkie nawiązanie do jednego ze Snyderowskich motywów, wspomnianych w „Endgame”. Pełen przekrój. Wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze?

Ani nieco upiorna historia Man-Bata, ani utopia roztaczana w najważniejszych rozdziałach nie dorównują rozbiegówce poświęconej Jimowi Gordonowi. To solidny kawałek prostego, policyjnego kryminału, skąpanego w deszczu i mroku. Nie da się ukryć, że robotę robią tu niesamowicie klimatyczne rysunki Jasona Faboka. Artysta znakomicie uchwycił nastrój Gothamskiej ulicy, jej zepsucie i utajoną brutalność. Idealnie „brudne”, szczegółowe, gęsto zapełnione kadry dają nadzieję, że cały album będzie tak wyglądać.

Niestety, na czas dania głównego do Faboka dołącza Aaron Lopresti. Facet zna się wprawdzie na rzeczy. Zapewnia przyzwoitą, ale standardową superbohaterską estetykę doprawioną ledwie odrobinką mroku, na jaki stać Gotham. Zdarzyło mu się też popełnić kilka błędów związanych z perspektywą. Drobnych, ale zauważalnych. Trzeba jednak oddać artyście sprawiedliwość, że w scenach z maszkaronami i koszmarami sennymi stanął na wysokości zadania. Jego rysunki chcą wyskoczyć z kadru i zatopić zębiska oraz kły w czytelniku. Przywodzi to na myśl najlepsze lata Todda McFarlane’a jako rysownika „Spawna”.

Jeśli zaś chodzi o samą opowieść, to tak naprawdę daje radę. Porusza dosyć istotną kwestię – jak osiągnięte szczęście może uczynić nas bezbronnymi w obliczu nadciągających koszmarów rzeczywistości. Trzyma tempo i nastrój, nawet jeśli Lopsteri dorabia czasem do fabuły zbyt sterylne rysunki. Po prostu John Layman napisał ją zbyt standardowo i zachowawczo jak na tak intrygujący pomysł. Widać to zwłaszcza w opisach i dialogach, którym brakuje odrobiny szaleństwa i polotu. Odrobiny pisarskiej brawury. Brzmi to o tyle dziwnie, że ten sam scenarzysta odpowiada za błyskotliwy prolog z Gordonem, gdzie i rozmowy miały pazura i przemyślenia bohatera wybiegały poza zwyczajny komentarz do sytuacji. Wygląda to tak, jakby Layman lepiej czuł się w kryminale niż na paradzie przebierańców sponsorowanej przez Bruce’a Wayne’a. Jednak nawet w słabszych momentach to po prostu sprawna, rzemieślnicza robota.

Historie Laymana składają się na przyzwoity komiks. „Gothtopia” niczego nie urywa, ale zapewnia niezłą rozrywkę. Po prostu otwarcie zwiastowało coś znacznie, znacznie lepszego.

Like-A-Storm-Awaken-the-Fire
Poprzedni

Awaken the Fire - hard rock wiecznie żywy [recenzja]

trumbo-poster-bryan-cranston-2
Następny

Trumbo - oscarowa rola Bryana Cranstona [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz