KOMIKS 

Batman. Mroczny Rycerz #2: Spirala przemocy – słabo napisany, niechlujnie narysowany [recenzja] [komiks]

„Batman. Mroczny Rycerz” jest już trzecią regularną serią z zamaskowanym obrońcą Gotham w roli głównej i drugą, która zdecydowanie bardziej uderza w tony sensacyjne niż kryminalne ale korzysta też z dobrodziejstw horroru.

Poprzedni tom, „Nocna trwoga”, autorstwa Paula Jenkinsa okazał się jedną z najbardziej dziwacznych opowieści z Batmanem wydanych po polsku w ostatnich latach. Jenkins, świetnie prowadzący postać Spider-Mana, z Gackiem niestety sobie nie poradził, przez co został zastąpiony przez Gregga Hurwitza. „Batman. Mroczny Rycerz” miał być zupełnie autorską serią Davida Fincha, jednego z najpopularniejszych rysowników w USA, którego fenomenu kompletnie nie rozumiem, a który debiutował w tym tytule jako scenarzysta. Przed startem Nowego DC Comics, Finchowi udało się napisać i narysować pięć zeszytów, które były tak słabe (a mimo to sprzedawały się nieźle ze względu na rysunki), że po zresetowaniu uniwersum, jego pomysły poszły do obróbki pod okiem bardziej wprawnych pisarzy. Jenkins się nie sprawdził, Hurwitz, tylko trochę lepiej.

Hurwitz co prawda serwuje wielokrotnie obrabiane przez innych scenarzystów fabularne zagrania typowe dla komiksu superbohaterskiego, ale przy tym stara się dorzuć kilka elementów, które pojawiają się w nim bardzo rzadko.

Tym razem mroczne alter ego Bruce’a Wayne’a będzie musiało, po raz kolejny, zmierzyć się ze skutkami działań Stracha na wróble i jego podrasowanej toksyny. W Gotham znikają dzieci, które po kilku dniach odnajdują się zupełnie wyprane z emocji, ślad wiedzie do jedynego słusznego sprawcy, a jego tropem rusza zarówno Batman jak i Gordon. Hurwitz co prawda serwuje nieoryginalne, zachowawcze i wielokrotnie obrabiane przez innych scenarzystów fabularne zagrania typowe dla komiksu superbohaterskiego, ale przy tym stara się dorzuć kilka elementów, które pojawiają się w nim bardzo rzadko. Mianowicie chodzi o nieco bardziej rozbudowane wątki obyczajowe, czyli prywatne życie Wayne’a, Gordona i ich bliskich, które są całkiem sprawnie przeplatane z tymi sensacyjnymi. Wynika to bezpośrednio z fabuły, która obrabia temat strachu, jego korzeni i efektów jakie wywołuje na otoczenie. W tym kontekście Hurwitz nieźle, na zasadzie kontrastu, zestawia ze sobą dzieciństwo Wayne’a i Craine’a, i buduje psychologiczne zaplecze postaci.

Hurwitzowi jakościową poprzeczkę zawieszono bardzo nisko, a scenarzysta przeskoczył ją tylko w stopniu minimalnym. Owszem, widać, że starał się nadać całości osobliwego tonu poprzez operowanie większym mrokiem i scenami jak z horrorów, ale koniec końców popadł w typową sztampę. Dla czytelnika obeznanego w temacie Batmana będzie to album, który śmiało można sobie odpuścić, dla odbiorców zupełnie nowych, zainteresowanych genezą zarówno Człowieka Nietoperza jak i Scarecrowa w nieco odświeżonej wersji, ale nie mających zbyt wygórowanych wymagań odnośnie fabuły, album jak znalazł (i to bez znajomości poprzedniego).

Pozostaje jeszcze kwestia rysunków. Finch to artysta, w którego kresce znajdziemy szerokie echa stylu Jima Lee i Roba Liefelda – czyli z jednej strony sprawnego, efektownego rzemiosła, a z drugiej, kompletnego braku znajomości anatomii i perspektywy, objawiającego się w kuriozalnych pozach i graficznych uproszczeniach. Na pierwszy rzut oka warstwa graficzna wygląda bardzo zachęcająco (głównie za sprawą mrocznej kolorystyki), ale po zagłębieniu się w szczegóły widać ogrom niedostatków, niechlujstwa i pośpiechu. Owszem, zdarzają się kadry bardzo przyjemne dla oczu (głównie takie, w których Finch ma okazję rysować odrealnione sceny z horrorów, gdzie nie musi trzymać się przyjętych standardów realizmu), ale szybko giną pod natłokiem tych kreślonych niestarannie i „na odwal się”. Przyjemną odtrutką na ten styl jest ostatni rozdział opowieści, zeszyt „zero”, rysowany przez Mico Suayana i Juana Jose Rypa – dopracowany, klimatyczny i bogaty w szczegół.

Tequilla Games
Poprzedni

Earthcore: Shattered Elements – najpiękniejsze papier - nożyce - kamień [recenzja]

Nintendo
Następny

W to się grało – odkurzamy stare przeboje

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz