KOMIKS 

Batman: Mroczny Rycerz Kontratakuje – Frank Miller na odlocie [recenzja]

Był taki czas, kiedy Frank Miller uchodził za największego z największych. Przechadzał się dumnie w jednym szeregu z Neilem Gaimanem, Alanem Moorem i resztą komiksowych rewolucjonistów. Niestety, tamta epoka minęła, a pierwszym objawem, że dzieje się coś złego, była mini-seria „Mroczny Rycerz Kotratakuje”.

„Powrót Mrocznego Rycerza” broni się do dziś jako dzieło przełomowe, mieszające w głowach, zasiewające nieprzyjemne, ale ważne myśli, biorące na warsztat psychopatyczną osobowość Batmana z unikalnym wyczuciem człowieka rozmiłowanego w brutalnych, czarnych kryminałach. Wraca się do niego z dziwną przyjemnością. Może dlatego, że było bliskie perfekcji, ze swoją brudną, podkreślającą brutalność zastanego świata kreską, aptekarsko dawkującym napięcie scenariuszem oraz z ostrymi jak żyleta dialogami. Widać było tu myśl, dyscyplinę i cel.
Tymczasem w „Mroczny Rycerz Kontratakuje”, szumnie niegdyś zapowiadanym jako wielki spadkobierca wspomnianego komiksu, Miller odleciał w stronę gwieździstego nieba.

W „Mroczny Rycerz Kontratakuje” Frank Miller odleciał w stronę gwieździstego nieba.
Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest beznadziejna pozycja, ale nie wytrzymuje porównania z historią, do której nawiązuje, ani nawet z „Rokiem Pierwszym”.
Od starcia Batmana z Supermanem mijają trzy lata. Trzy lata, podczas których zmieniło się wszystko. Światem rządzą zmanipulowane media. Społeczeństwo poddaje się zbiorowemu praniu mózgów i przyswaja kolorową, jaskrawą, ociekającą seksem papkę informacyjną serwowaną w telewizji i rodzącym się internecie. Ostatni nadludzie, w tym Superman, wykonują polecenia rządów z podkulonym ogonem. Oczywiście, za takim stanem społeczeństwa stoją konkretne siły. Siły, którym ktoś musi stawić opór. Jedyną osobą posiadającą dość woli i środków jest starzejący się, ale wciąż bezwzglęny i zdeterminowany Batman. Przyczajony Bruce Wayne zbierał środki, szkolił ludzi, w tym swoją nową pomocnicę, szukał też dawnych towarzyszy. I jest gotowy do ataku.
Historia zaczyna się z grubej rury i przez wszystkie trzy części pędzi na złamanie karku aż do wielkiego finału.
Tempo wydarzeń jest tu wręcz zawrotne, jednak scenariusz cierpi na dosyć poważną chorobę. Imię jej: pobieżność. Przez pośpiech i próbę upchania miliona wątków w krótkich, urywanych sekwencjach, gdzieś zgubiła się głębia postaci i nikt z bohaterów nie dorasta misternym konstrukcjom psychologicznym, które przyprawiały nas o ciary w poprzedniku. Główna oś fabuły jest prosta jak budowa cepa i linearnie zmierza do konfrontacji z wielkim złem. Historia broni się jako tako dzięki temu, że Batman nie stracił charakteru brutalnego, psychopatycznego detektywa – oraz dzięki akcjom rozgrywającym się w tle. Wciąż mamy bowiem do czynienia z niezłą satyrą na media i społeczeństwo, choć nie tak ostrą i celną jak poprzednio. Miller wziął tu na warsztat rzeczywistość po zamachach na WTC. Czas, kiedy państwo przejmowało kontrolę nad prywatnością obywatela, a wszelkie głosy rozsądku zagłuszano wrzaskliwym szumem medialnym. I to akurat scenarzysta uchwycił sprawnie, choć spostrzeżenia z „Powrotu Mrocznego Rycerza” miały bardziej uniwersalny wymiar.

Rysunki są… no, ktoś powiedziałby, że awangardowe, choć na moje oko – momentami po prostu brzydkie. Nieprzyjemne. W tym szaleństwie widziałbym metodę, gdyby prace były staranniejsze. W pomyśle na stronę graficzną tkwił bowiem ogromny potencjał zabity niechlujnością. O ile sama kreska zostawia sporo do życzenia, o tyle sposób kadrowania, ten chaotyczny, obłędny montaż wykorzystano bezbłędnie. Miller nawiązał do estetyki mamiących zmysły teledysków rodem z królującego wtedy MTV. Widać tu też wpływy drapieżnych lat 90′, gdzie swój poszatkowany, impulsywny sposób opowiadania historii proponował choćby McFarlane (z którym Miller zresztą pracował… niestety).
Mam też pewien problem z całością. To już nie jest historia Batmana – nie w takim stopniu, jak postać w interpretacji Millera na to zasługuje. To opowieść o zbieraniu się postrzępionej i upokorzonej Ligi Sprawiedliwości po latach. Może byłoby inaczej, gdyby seria miała na przykład o numer więcej i konkretni bohaterowie dostaliby więcej miejsca dla siebie. Tak czytelnik może czuć się odrobinę oszukany.
Ten komiks mógł być wielki. Widać tu ogromny, ale tak zmarnowany potencjał. To się nawet nieźle czyta, mimo wszystko – pisał to przecież Miller, stary, obyty z piórem fachura. Koniec końców „Mroczny Rycerz Kontratakuje” pozostaje w pamięci jako ciekawy eksperyment. Wielka szkoda, że nie do końca udany.

AMC
Poprzedni

Joe R. Lansdale - nie lubię, gdy przypina się serialowi łatkę [wywiad]

The-Tick-Amazon-Banner-Still-
Następny

The Tick 01x01 - Kleszcz, czyli piękna niedorzeczność? [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz