KOMIKS 

Batman: Narodziny Demona – Lekcja historii doktora Ra’s Al Ghula [recenzja]

W szwadronie wrogów Batmana poczesne miejsce zajmuje Ra’s Al Ghul. Raz mentor i sojusznik, kiedy indziej śmiertelny wróg. Egmont postanowił wydać poświęconą wizjonerowi-terroryście „trylogię Demona”, by bardziej przybliżyć czytelnikom sylwetkę złoczyńcy. Jak bronią się te historie wiele lat po premierze?
Dostajemy do rąk album dosyć nierówny, jednak musimy brać poprawkę na czasy, w których powstawały poszczególne epizody.

Ra’s Al Ghul to szalony idealista. Ra’s Al Ghul to charyzmatyczny przywódca Ligi Zabójców. Ra’s Al Ghul to zaciekły, zaprzysiężony wróg Batmana. Ra’s Al Ghul to wreszcie postać tragiczna, rozdarta między powołaniem, w które wierzy, a miłością do niepokornej córki, Talii.

Ra’sa i Batmana łączy cudowne love-hate relationship, oparte na szacunku, rywalizacji i nieustającej batalii na śmierć i życie. Walczą na śmierć i życie w imię idei, w które wierzą. Jeden broni życia za wszelką cenę. Drugi stawia się w roli obrońcy środowiska i „naturalnego porządku rzeczy”. Chce ocalić świat za wszelką cenę – nawet, jeśli w grę wchodzi zredukowanie ludzkiej populacji do niezbędnego minimum. Jednocześnie ma nadzieję, że Bruce Wayne kiedyś zajmie jego miejsce. Nazywa Mrocznego Rycerza „Detektywem”.

Ich konflikt ma nieco inny, mniej okrutny wymiar niż starcia z Jokerem, ale i tak podnosi ciśnienie. Na dynamikę relacji wpływa też obecność wspomnianej córki, Talii Al Ghul, jednej z najważniejszych kobiet w życiu Batmana. Kobieta stoi w rozkroku, próbując pogodzić miłość do Mrocznego Rycerza i lojalność wobec ojca. Sam Ra’s też czasem zmienia maskę i próbuje zastąpić Batmanowi ojca, mentora.

Historie zawarte w „Narodzinach Demona” wybrano najwyraźniej tak, by uchwycić esencję więzi, jaka łączy tę trójkę. „Syn demona” i „Narzeczona demona” to opowieści pokryte patyną czasu, wyciągnięte z radosnych i przaśnych lat osiemdziesiątych (choć Frank Miller dochodził już wtedy do głosu i zmieniał wizerunek Człowieka Nietoperza). Pierwsza prezentuje nam starcie Batmana i Ra’sa z terrorystą mszczącym się na rodzinie Al Ghulów za dawne niepowodzenia i rzekome krzywdy.

„Narzeczona…” pokazuje z kolei eskalację konfliktu między Batmanem a przywódcą Ligi Zabójców. W środek intrygi wrzucono jeszcze przesłanie o efekcie cieplarnianym i ekologiczną przestrogę.

Obie części popełniają wszystkie możliwe grzechy narracyjne, właściwe komiksom z tamtych czasów, naśladują poetykę Bonda, wciskają kobiety we frymuśne, niepraktyczne, ale jakże przyjemne dla oka stroje. Same historie, z pominięciem niejednoznacznej relacji Wayne’a i Ra’sa, to raczej średnia sensacyjna, charakterystyczna dla tamtego okresu. Kreska Jerry’ego Binghama i Toma Grindberga obudzi sentyment czytelników pamiętających wydania TM-Semic z lat ’90. Ciekawe patenty graficzne i scenariuszowe ograniczano jednak do minimum na rzecz intensywnej, szpiegowskiej akcji i intensywnych bijatyk. A jednak scenariuszom Mike’a W. Barra nie można odmówić tego Bondowskiego uroku. Chyba, że od historii o Batmanie oczekujecie czegoś innego.

I te oczekiwania spełnią najprawdopodobniej tytułowe „Narodziny demona”. To opowieść o początkach Ra’s Al Ghula. Jej autorem jest Dennis O’Neil, ojciec i jeden z pomysłodawców złoczyńcy. Jeśli ktoś miał wyczuć tę postać – to właśnie on. Zbudowana na retrospekcjach historia upadku lekarza i powolne przeistoczenie w psychopatę, dla którego cel uświęca środki – to już wyższa szkoła jazdy w porównaniu z poprzednimi rozdziałami. Poznajemy tragedię, jaka stoi za narodzinami Głowy Demona, a przy okazji możemy zobaczyć, jak świat potrafi zniszczyć idealistę, jeśli tylko ten drugi opuści gardę. „Narodziny Demona” to mocna i przejmująca historia zaglądająca wgłąb umysłu jednego z najgroźniejszych przeciwników. Dla odmiany po poprzednich rozdziałach – nie zestarzała się praktycznie wcale.  Za oprawę graficzną ostatniego aktu trylogii odpowiada zaś znany polskim czytelnikom Norm Breyfogle, nadający swoim planszom nieco odrealniony, mistyczny klimat, pasujący do tych rewirów opowieści o Batmanie.

Dostajemy do rąk album dosyć nierówny, jednak musimy brać poprawkę na czasy, w których powstawały poszczególne epizody. Nawet jeśli będziecie lekko zawiedzeni lub zaskoczeni „Synem Demona” i „Narzeczoną Demona”, to ostatnia część wynagrodzi Wam to z nawiązką.

malenczuk jazz for idiots
Poprzedni

Jazz for Idiots - Maleńczuk łapie za saksofon [recenzja]

Katsuya Terada DB
Następny

Katsuya Terada - manga, science fiction i cycki [galeria NSFW]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz