KOMIKS 

Black Science #2: Teraz, nigdzie – Nowoczesne Weird Tales [recenzja]

W metawszechświecie „Black Science” to nie magia jest czarna a potrafiąca totalnie wykręcić rzeczywistość nauka. Drugi tom opowieści jeszcze bardziej potwierdza tę regułę.

Rick Remender znany jest z tego, że lubi igrać z konwencjami, a najlepiej czuje się w przemodelowywaniu pulpowego science fiction, co udowodnił chociażby w serii „Fear Agent” i kontrowersyjnym „Franken-Castle”. Nie inaczej jest z „Black Science”, w którym czuć ducha klasycznej fantastyki spod znaku magazynu „Weird Tales”, przekonwertowanego jedynie na nowoczesną modłę. Autor bawiąc się regułami gatunku serwuje nieszablonową opowieść, wywraca oczekiwania czytelnika na drugą stronę, a w kreacji światów daje się ponieść nieokiełznanej wyobraźni. W scenariuszu pełnym nieoczekiwanych zwrotów i akcji pędzącej na złamanie karku odbijają się echa twórczości H.P. Lovecrafta, H.G. Wellsa czy Henry’ego Kuttnera, a wszystko to podlane nietypową mieszanką niepokoju, dramatu i czarnego humoru.

Wciąż wydaje się, że ścieżka fabularna może podążyć w dowolną stronę, a jedyne czego można się spodziewać, to niespodziewane. I to jest ogromny plus tej serii.

Grant McKay – uzdolniony fizyk, wynalazca i lider Anarchistycznej Ligii Badaczy dzięki skonstruowanej przez siebie Latarni przebija barierę rzeczywistości. Jednak w trakcie testów coś idzie nie tak, a uszkodzone urządzenie rzuca nim i jego zespołem alternautów w przypadkowe miejsca równoległych światów, z których każdy jest dziwniejszy od poprzedniego. W poprzednim tomie bohatera spotkał przykry los i jego towarzysze muszą samodzielnie dbać o własne bezpieczeństwo i odnaleźć sposób aby powrócić do domu. Sprawa okazuje się o tyle trudniejsza, że każdy kolejny wszechświat okazuje się bardziej niebezpieczny i świadomy istnienia Latarni. Bohaterowie muszą więc nie tylko przeżyć ale też nie dopuścić do wrogiego przejęcia urządzenia. A to tylko jeden z wątków zaprezentowanych przez Remendera. Bo mniej lub bardziej stanowczo daje do zrozumienia, że w innych światach również rozgrywają się wydarzenia mogące zaważyć na losie ocalałych i niekoniecznie przypadkowość, a misternie utkany plan, może wpływać na ich być albo nie być.

„Teraz, nigdzie” również w pewnym sensie opowiada o rodzinie, co prawda rozbitej, dysfunkcyjnej i targanej przeciwnościami losu, ale gotowej na wszystko. Małe dramaty, rozterki, niesnaski i prywatne intrygi z wprawą wplata w wartką, nieprzewidywalną, wielopoziomową i pomysłową akcję. Wciąż wydaje się, że ścieżka fabularna może podążyć w dowolną stronę, a jedyne czego można się spodziewać, to niespodziewane. I to jest ogromny plus tej serii. Innym z kolei są cudowne rysunki Matteo Scalery, włoskiego artysty, który za pomocą ogromnej wyobraźni ożywia obce światy, zapełnia je fascynującą i zróżnicowaną fauną, florą, architekturą i zdobyczami techniki. Jak dotąd „Black Science” jest najładniejszym komiksem wydawanym w naszym kraju. Jeśli jakiś wydawca zdecyduje się wydać u nas „LOW”, również Remendera, dopiero wówczas pojawi się godny konkurent do tego miana.

TriStar Pictures
Poprzedni

„Harry Angel”, czyli felieton, w którym natychmiast zdradzam puentę

Mucha Comics
Następny

Saga tom 3 - inteligentna rozrywka [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz