KOMIKS 

Black Science #3: Niejednoznaczność wzorca – zmęczenie materiału [recenzja]

W trzecim tomie szaleńczych przygód alternautów, grupy naukowców w sposób przypadkowy przemierzających światy równoległe, mieszanka klasycznej fantastyki, czarnego humoru i grozy ustępuje pola czystej akcji.

Do tej pory znakiem rozpoznawczym “Black Science” była jej nieprzewidywalność i brnięcie pod prąd oczekiwaniom czytelników. Rick Remender z ogranych schematów i sprawdzonych motywów przyrządzał mieszankę wybuchową, która zachwycała kreacją światów i świeżym podejściem do poruszanych kwestii. Nie tworzył nic wybitnego, co zmieniłoby oblicze gatunku, ale dostarczał solidną, orzeźwiającą rozrywkę na wysokim poziomie. “Niejednoznaczność wzorca” to lekki spadek formy tego scenarzysty.

Akcja albumu dosłownie pędzi na złamanie karku. Co rusz pojawiają się nagłe zwroty, a tempo zostaje podkręcone do granic możliwości. Zupełnie jakby autor próbował zamaskować fabularne niedostatki nie dając nam czasu na odsapnięcie i głębsze przeanalizowanie sytuacji. Raz, że intryga zapętla się niczym w “Dniu świstaka”, w punktach kulminacyjnych Remender stosuje te same patenty co w poprzednich tomach, a dwa, zaczyna na siłę zamykać wątki o sporym potencjalne, które aż krzyczą aby je rozwinąć. Dotyczy to przede wszystkim wydarzeń związanych z Szamanem, postacią ciekawą, intrygującą, racjonalną, która ni stąd, ni zowąd zostaje przemodelowana wyłącznie pod wymogi scenariusza. Bardzo niezgrabnie i nienaturalnie to wyszło. Szkoda też, że Remender stanął do wyścigu o nagrodę im. George’a R.R. Martina w kategorii ilości zabijanych postaci. Dodać należy, że zabijanych brutalnie i  bezsensownie dla uzyskania taniego efektu zszokowania.

Pomijając jednak te zauważalne wady i wzrost poziomu przewidywalności wydarzeń, “Niejednoznaczność wzorca” wciąż jest solidnym science fiction. Co prawda bardziej nastawionym na sensacyjną akcję, ale za to w przedbiegach wygrywającym z tytułami o podobnej tematyce. Jedni bohaterowie się rozwijają, przechodzą wewnętrzne przemiany, inni w tym rozwoju się cofają, relacje pomiędzy nimi nadal są żywe i sprawiają, że “Black Science” wciąż chce się czytać. A już na pewno oglądać, bo rysunki Matteo Scalery niezmiennie robią wielkie wrażenie, a zwłaszcza jego zacięcie do wymyślania oryginalnych technikaliów i architektury.

Egmont
Poprzedni

Superman / Batman #2: Supergirl - letni blockbuster [recenzja]

Scream Comics
Następny

Guliweriana - Manary romans z literaturą [recenzja]

Paweł Deptuch

Paweł Deptuch

Miłośnik komiksów, scence-fiction, pulpy i kryminału. W latach 2004-2010 redaktor naczelny serwisu Carpe Noctem. Współpracował m.in. z Bicepsem, Czachopismem, Ziniolem, Kolorowymi Zeszytami, a swego czasu prowadził stałe kolumny związane z fantastyką w lokalnych periodykach. Od 2006 r. stały współpracownik miesięcznika Nowa Fantastyka. Autor kilku scenariuszy komiksowych i opowiadań. Legniczanin. Tata.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz