KOMIKS 

Bler #5: Człowiek ze światła – Postapokalipsa w Krakowie [recenzja]

Po raz kolejny powraca tajemniczy i posiadający coraz większe grono fanów polski superbohater. W „Człowieku ze światła” wybierzemy się z Blerem w emocjonującą podróż przez zniszczony wybuchem bomby atomowej Kraków.

W „Blerze” Rafał Szłapa nie stawia na proste, pocieszycielskie rozwiązania i naprawdę potrafi przywalić czytelnikowi porządnym prawym prostym. I tak, to go właśnie odróżnia od typowych marvelovskich wyrobników.

Przygodę z „Blerem” zacząłem dopiero na początku tego roku. Wcześniej po prostu opowieść o tym trochę niestandardowym, polskim superbohaterze tkwiła zupełnie jak sie okazało niesłusznie, gdzieś na dole mojej komiksowej listy zakupów. Pewnego dnia na półce w Centrum Komiksu wyszperałem „Pierwszą wersję życia”, czyli będący obecnie rarytasem pierwszy tom „Blera”, ten w wersji malowanej, nie rysowanej. No i to wyglądało bardzo fajnie. Kupiłem, przeczytałem i nie zawiodłem się. Niedługo potem trafił do mnie trochę z przypadku czwarty tom i już nie miałem wyjścia, szybciutko skompletowałem całość. A teraz, jeszcze przed oficjalną premierą, miałem możliwość przeczytania piątej odsłony tej jednej z najciekawszych, polskich serii komiksowych. Przeczytałem i nie mogę doczekać się na kolejną część, której wydanie dzięki udanej (200%!) zbiórce crowdfundigowej na piąty tom będzie znacznie przyśpieszone, mamy ją zobaczyć już w maju 2016 na Komiksowej Warszawie. Ja się cieszę, cieszą się fani, cieszy się pewnie autor. Jest dobrze.

W czwartym tomie działy się rzeczy naprawdę nie do pomyślenia. Pod koniec trójki, za sprawą  Lidii w Krakowie pieprznęła mała atomówka. Co się dalej działo, także  z Lidią, wiemy właśnie z czwórki, ale czerpana z „Blera” wiedza na temat bohaterów i wydarzeń jest zawsze niepewna. Czasem zastanawiam się, co by było gdyby tworzył tę historię inny, tak zwany profesjonalny scenarzysta. Być może byłoby fabularnie lepiej, płynniej, jaśniej, ale jestem też pewien, że cała opowieść coś by straciła. Coś z unikalnego charakteru świadomie wprowadzanych niejasności, niedopowiedzeń i zagadek, coś z tego dziwacznego, onirycznego i dusznego klimatu i trochę rozchwianego miejscami rytmu narracji. Nie wiem, czy pisząc to wszystko nie robię autorowi niedźwiedziej przysługi, ale prawda jest taka, że Bler to komiks superbohaterski trochę inny niż wszystkie.

Dla jednych będzie to minusem, ale dla wielu czytelników jest to z pewnością jego zaletą. Bowiem Rafał Szłapa nie patyczkuje się. Czasem potrafi przywalić konkretnym cliffhangerem, ale na pewno nie idzie po linii najmniejszego oporu. Gmatwa tę i tak pokręconą fabułę, która miejscami przypomina mi trochę scenariuszowe dokonania Andreasa, gdzie jak wiadomo nie ma prostej linii i łatwych odpowiedzi. Co prawda w „Blerze” nie doświadczymy aż takiego stopnia skomplikowania, które kazałoby nam ślęczeć nad każdym kadrem i grzebać w szczegółach, ale główka i tak musi pracować. Z tymże ostatnie dwa tomy są już nieco inne. Jest w nich mniej zawirowań fabularnych, więcej konkretów. No i dużo akcji, szczególnie w premierowym, piątym tomie. Z poprzedniego wiemy, że Kraków jest opuszczony, jego niegdysiejsi mieszkańcy żyją w pośpiesznie skonstruowanych obozach, w tych pięknie namalowanych przez autora kontenerach. Bler miesza się w politykę, dźwiga ciężkie belki, staje się przez chwilę tubą propagandową pewnego senatora. Sceneria i klimat trochę jak z Polski lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. W końcu bohater rzuca wszystko w diabły i z kobietą, która twierdzi, że w zniszczonym Krakowie została jej córka, wyrusza w podróż do napromieniowanego miasta. A tam dzieją się już naprawdę dziwne rzeczy.

Nie tylko Bler z towarzyszką plątają się po opuszczonym mieście. Pojawia się i znika tajemniczy, tytułowy człowiek ze światła. Świecą jakimś fluorescencyjnym światłem dziesiątki zmutowanych motyli na najładniejszej chyba planszy  komiksu. Ale w Krakowie pojawiają się też inni ludzie, tacy którzy się nie cackają i już wiemy, że Bler nie będzie miał wyjścia i znowu będzie musiał użyć swoich zdolności. Jak skończy się ta postapokaliptyczna podróż przez Kraków nie będę oczywiście zdradzał, powiem jedynie, że Rafał Szłapa nie stawia na proste, pocieszycielskie rozwiązania i naprawdę potrafi przywalić czytelnikowi porządnym prawym prostym. I tak, to go właśnie odróżnia od typowych marvelovskich wyrobników. Nie idzie na łatwiznę. Intryguje i zaskakuje. Cytuje trochę postapokaliptyczej klasyki – pogoń za człowiekiem ze światła przypomina sceny z prozy Glukhovskiego i opartych na niej gier. No i nakłada na swoje plansze tak piękne kolory, że są momenty, kiedy przerywamy czytanie i dłużej wpatrujemy się w poszczególne kadry. Zresztą co tu dużo mówić, poraża już pierwsza strona albumu ze znanym z turystycznych folderów widokiem – tutaj rzecz jasna utrzymanym w totalnie innym klimacie. Kraków i okolice w ogóle mają ostatnio szczęście do dobrych autorów. Z zacięciem malowali w swoich powieściach jego mroczny obraz Paweł Majka, czy Gaja Grzegorzewska. Dołącza do tego grona i Rafał Szłapa, dodając swój cenny wkład w popkulturowy wizerunek tego pięknego, polskiego miasta. Tak, wciąż pięknego, nawet po wybuchu atomówki. Bo piękno z grozy potrafią wydobyć tylko nieliczni twórcy  i mogę tu śmiało napisać, że Rafałowi Szłapie ta sztuka też się udała.

Sigmasquared
Poprzedni

Dzika Banda, czyli zapiski z krainy obłędu

Image Comics
Następny

Made in USA: Przegląd komiksów (XXII) – grudzień 2015

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz