KOMIKS 

Blueberry tom 1 – pierwsze strzały Moebiusa [recenzja] [komiks] [western]

Najtrudniej jest z klasykami. Nie wiesz, jak do nich podejść przy ocenie. Taki właśnie problem sprawia „Blueberry”, wznowienie zasłużonego komiksowego westernu autorstwa Jean-Michela Charliera i Jeana Girauda, znanego szerzej jako Moebius. „Mieszane uczucia” to kwintesencja odbioru dzieła Francuzów.

Pięknie wydany album z malarskimi okładkami kryje w sobie dwie przygody porucznika kawalerii Mike’a Blueberry’ego. Pierwsza, „Człowiek ze srebrną gwiazdą”, zabiera nas do małego miasteczka dręczonego przez bandziorów najętych przez ranczera. Każdy kolejny szeryf odsyłany jest w worku po niezbyt długiej kadencji. Miejscowi przywykli i praktycznie poddali się przestępcom.  Do czasu. Do miasta przybywa Jim Mclure, stary opój i wierny druch Blueberry’ego. Kiedy odkrywa, jak się mają sprawy, wraca po swego przyjaciela. Porucznik przyjeżdża, by zrobić porządek…

Kolejna historia opowiada o szemranym uciekinierze z Prus, Lucknerze, który wszem i wobec rozpowiada, że zna położenie przeklętej kopalni złota. W niezbyt fortunnych okolicznościach los stawia go na drodze Blueberry’ego. Niestety, śladem poszukiwacza podąża dwóch łowców nagród. Tak zaczyna się długa droga wiodąca w serce góry, gdzie kryje się kilka tajemnic.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, gdy otwieramy album, to świetne rysunki Jeana Girauda (pseudonim artystyczny przyjął później). To głównie dzięki nim przygody Blueberry’ego przeszły do historii.

„Blueberry” pamięta stare, dobre czasy, kiedy do sztuki komiksowej podchodziło się trochę inaczej. Jest jak archaiczny film, klasyczny, nieco naiwny western z Johnem Waynem, wzbudzający nostalgię. No i wciąż wygląda pięknie.

Są intensywne, dobrze łapią klimat Dzikiego Zachodu i świetnie grają na naszych wyobrażeniach o tamtej epoce. Tła budują nastrój niczym muzyka i scenografia w filmach Sergio Leone, którymi zresztą artysta się inspirował. Uważny czytelnik dostrzeże też echa dzieł Sama Peckinpaha („Dzika Banda”). Bohaterowie zaś zostali  narysowani wiarygodnie i z dbałością o szczegóły. Widać, kto wiedzie zabawowy tryb życia i jak bardzo amerykańska pustynia go niszczy.

Porównując obie historie, można dostrzec ewolucję stylu. Opowieść o poszukiwaniu złota jest mroczniejsza i bardziej brutalna. Należy zresztą pamiętać, że w „Blueberrym” Giraud oddawał pierwsze komiksowe strzały. To tu – w późniejszych przygodach – pojawiały się początkowe eksperymenty z psychodelą w warstwie graficznej. Z czasem kadry zaczęły nabierać większego pazura i cech indywidualnych. Stawały się ostrzejsze i bardziej odjechane, co widać już w „Widmie ze złotymi kulami”, drugim rozdziale poszukiwań przeklętej kopalni.

Problemy zaczynają się, gdy rozmawiamy o scenariuszu.

Postacie przedstawiono sztampowo, ale wzbudzają naszą sympatię. Nie ma tu całkiem białych lub czarnych charakterów. Nawet tytułowy Blueberry to raczej sympatyczny zakapior, łotr na służbie niż

dzielny rycerz na białym koniu. Kompania którą się otacza też do najszlachetniejszych nie należy. Jim Mclure to typ degenerata, przedsiębiorczego pijusa-błazna, zachowujący się trochę jak potomek naszego Zagłoby. Tworzą zgraną drużynę i widać, że znają się nie od dziś. Ich przygody poprowadzono w niezłym tempie, akcja wciąga i przykuwa do komiksu, nawet jeśli przewidujemy, co zaraz się zdarzy, a niektóre twisty fabularne szyto grubymi nićmi. To przyjemne awanturnicze westerny, które pokazują zdradzieckich bandytów i nie zawsze szlachetnych stróżów prawa.

Współczesny czytelnik może wyłożyć się o niedzisiejszy sposób pisania. O ile kreska broni się znakomicie i na całej linii, a fabuła trzyma poziom, o tyle dialogi bywają rozczulające. Brzmią  naiwnie, chwilami wręcz jak drewno. Wypełniają je stwierdzenia, za które chcielibyśmy podziękować Kapitanowi Oczywistemu. Efekt niezamierzonego komizmu wzbudzają wszystkie  przekleństwa w stylu: „do stu śmierdzieli”. Słowo daję, po którymś takim okrzyku spodziewałem się już tylko „wciórności!”. Takie teksty zapewne świetnie działały czterdzieści lat temu, ale dziś… sami rozumiecie. To chwilami po prostu ciężko się czyta. Sposób pisania – albo tłumaczenie – zabija też kilka potencjalnie zabawnych scen. Brakuje płynności.

„Blueberry” pamięta stare, dobre czasy, kiedy do sztuki komiksowej podchodziło się trochę inaczej. Ma przede wszystkim wartość kolekcjonerską, historyczną – i sentymentalną. Jest jak archaiczny film, klasyczny, nieco naiwny western z Johnem Waynem, wzbudzający nostalgię. No i wciąż wygląda pięknie.

Dlatego sięgniemy po niego jeszcze raz.

Sonia Draga
Poprzedni

Muchachas tom 1-3 – dobra powieść obyczajowa [recenzja]

RTL
Następny

Deutschland 83 - zimnowojenne rozgrywki [recenzja] [serial]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz