KOMIKS 

Blueberry tom 6 – Blueberry, na jakiego czekaliśmy [recenzja]

Zebrane przygody „Blueberry’ego” dobijają do szóstego tomu. Myślałby kto, że po takim czasie konwencja ulegnie wyczerpaniu. Tymczasem opowieść o niepokornym poruczniku kawalerii dopiero się rozkręciła.
Czujemy się jak podczas seansu ze spaghetti westernem. Dobrym spaghetti westernem.

Znacie moje zdanie o poprzednich tomach. To niezłe, zasłużone komiksy, które swego czasu wniosły mnóstwo do gatunku, lecz nie czyta się ich tak dobrze, jak w czasach świetności. Scenariusze były archaicznie napisane, pełne deklaratywnych dialogów i zakurzonych niby-przekleństw, które kilkadziesiąt lat temu ubarwiały wypowiedzi, ale dziś mogą co najwyżej rozczulać. Słowem: wyłamują się z tego, do czego przywykł współczesny czytelnik. I wiecie co? Tym razem nie ma to żadnego znaczenia.

Blueberry odzyskał nadzieję na oczyszczenie imienia. Po ucieczce z więzienia i pomocy zaprzyjaźnionemu plemieniu Indian (poprzednie tomy) kieruje się ku Meksykowi, gdzie czeka na niego kilku starych znajomych. Zwłaszcza jeden z nich może wpłynąć na los Blueberry’ego. Rozpoczyna się wyścig z czasem i bitwa z przeciwnościami losu.

Szósty tom jest zdecydowanie bardziej intensywny od poprzednich. O każdej akcji, szelmowskim planie porucznika czytamy z przejęciem, autentycznie kibicujemy jego zdegenerowanym kompanom. Przeciwnicy naszego wagabundy też zaliczają bardzo udane występy i dobrze wypadają w roli „ludzkich łotrów”. Twist fabularny goni twist, jest napięcie, dialogi jakby wygładzono w porównaniu do poprzedników. Tutaj wszystkie wady poprzednich tomów przekuto na zalety. Dzięki temu czujemy się jak podczas seansu ze spaghetti westernem. Dobrym spaghetti westernem. Dorzućcie do tego szwadron żywych, barwnych i niejednoznacznych postaci drugoplanowych. No dobra, większość z nich to bandziory i ludzie upadli, przynajmniej moralnie, ale budują świetne tło dla wyczynów Mike’a i jego przyjaciół. Ich łotrostwo wreszcie wybrzmiewa z pełną siłą i szelmowskim urokiem.

Nie wspomnę już o świetnej, wyżyłowanej kresce Moebiusa, który pokazuje tu pazury. Artysta bawi się paletą barw, osiągając malarski efekt z lekką domieszką psychodelii czającej się na drugim planie. W wielu kadrach można dostrzec nawiązania do klasycznych westernów, a jeden, jako żywo, przywodzi na myśl plakaty „Dzikiej bandy” Peckinpaha. No i kobiety – to jak Moebius je rysuje, to już sztuka sama w sobie. Są piękne urodą gwiazd kina z lat ’60 i ’70, a jednocześnie niesamowicie naturalne. No i scenarzysta zadbał o to, by uzbroić je w odpowiednio pazurzasty charakter.
Przy żadnym tomie „Blueberry’ego” nie bawiłem się tak dobrze. Scenarzysta i rysownik rozwinęli skrzydła i wycisnęli z komiksu, ile się dało. Album ładnie zamyka rozpoczęte w poprzednich tomach wątki i sugeruje otwarcie nowych. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę się doczekać.

Jaguar
Poprzedni

Niepowszedni. Porwanie - świetne i swojskie młodzieżowe fantasy [recenzja]

Netflix
Następny

Drugi sezon "Daredevila", czyli bohaterowie Hell's Kitchen

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz